Do maratonu coraz bliżej. Oto kilka rad dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z bieganiem:
1) Przygotowania: jeśli ktoś zamierza przebiec dystans ponad 42 km, powinien się do tego odpowiednio przygotować, należy trenować przynajmniej 3-4 razy w tygodniu, co najmniej raz w tygodniu przebiec 15 km ( lub 1,5h). Najlepiej wybrać tereny podobne do tych, z jakimi będziemy mieli styczność ( w Lesznie dukt leśny) podczas zawodów. Po za treningami należy pamiętać o odpoczynku, dlatego na ostatnie kilka- kilkanaście dni ( w zależności od samopoczucia i możliwości) powinniśmy zmniejszyć ilość pokonywanych kilometrów, a tuż przed startem 1-3 dni, odpuścić całkowicie lub wyjść na krótkie truchtanie.
2) Moda: nie wątpliwie mamy obecnie boom na Jogging, w raz z nią podążają producenci,
którzy coraz śmielej wchodzą na ten rynek. Oferując to coraz bardziej wymyślne nowinki mające z założenia przynajmniej ułatwić bieganie, wręcz jak się to słucha reklam pomóc bić wszelkiego rodzaju rekordy świata. Należy jednak pamiętać o tym, że start w maratonie to nie wybieg z pokazu na modę! Gwarantuje, że po 30 km nie będzie was interesowało jak wyglądacie. No i może was zmartwię, ale cudu nie ma, żadna oddychająca odzież, odżywki na granicy legalnego wspomagania czy ultralekkie buty nie zastąpią treningu! Dlatego zamiast się zastanawiać, w czym lepiej wyglądajmy, posłuchajmy organizmu i wybierzmy to, w czym lepiej się czujemy. No i co nam rzeczywiście może ułatwić kilku godziny trud biegu.
3) Ból: nikt go nie lubi, nie mam też idealnej recepty by całkowicie go wyeliminować no może po za farmakologią. Jednak można się postarać by go zminimalizować. Odnośnie tego co zostało napisane wyżej. Stara zasada głosi by buty kupować bardziej w godzinach po południowych niż z samego rana. Oczywiście dla tego, że noga po cały dniu chodzenia puchnie i jeśli tego nie zrobimy później może się okazać, że jednak buty są lekko ciasne. Dodatkowo noga musi się „przyzwyczaić” do buta a on z kolei „rozejść”.
Ta sama zasada dotyczy butów do biegania, bo jeśli noga puchnie w czasie chodzenia to, co się ma innego z nią dziać w czasie kilku godzinnego biegu jak nie to samo?
No rozumiem, część z was szykuje zapewne nowe buty na maraton by się pokazać znajomym, no w porządku, nie mówię nie. Zdecydowanie macie takie prawo!
Jednak, jeśli je szykujecie, a jeszcze w nich nie trenujecie to radzę zrobić to jak najszybciej.
Pozwoli to nam uniknąć nie potrzebnych obtarć czy bąbli. No i jeśli nasze piękne buty nie okażą się tak idealne jak wyglądają, można jeszcze wrócić do naszych starych sprawdzonych butów bądź poszukać lepszej pary. Przypominam, że jest jeszcze coś takiego jak woda i ściereczka, dzień lub dwa dni przed maratonem, kiedy już odpuścimy sobie trening można przemyć buty. Po czym prawie będą wyglądały tak jak w dniu zakupu.
Między butami a nogą, jest skarpetka ona powinna uzupełniać ten „team’ tak, aby to była idealna formacja. Jeśli w nowych butach można trenować, to tym bardziej w skarpetce, która podczas biegu i tak nie będzie widoczna a źle dobrana również może szkody narobić. Niestety zmartwię was, odzież podobnie nie zależnie jaka lekka i oddychając by nie była należy ją wypróbować.
No i jeszcze jedna ważna a często zapominana sprawa, co prawda paznokcie u nóg rosną 1,5 razy wolniej niż u rąk, jednak rosną. Należy je odpowiednio skrócić, bieg w zbyt długich paznokciach to uwierzcie mi na słowo nic miłego, tak jak jego schodzenie, no a dodatkowo może uszkodzić nasze buty. Dlatego należy je zwyczajowo skrócić, nie radzę jednak tego robić tuż przed startem, najlepiej je obciąć kilka naście dni wcześniej.
4) Kalorie: nie wątpliwie dla nich a właściwie przez nie większość biega, jeśli do tego dodam odkładające się pokłady energii w naszym organizmie na gorsze dni oraz zła dieta to się robi zdecydowana większość. Prawdą też jest, że w czasie godzinnego intensywnego treningu spalamy, co najmniej 500 kalorii, do czego chyba nie muszę przekonywać osób regularnie biegających. Jednak nie jestem zwolennikiem natychmiastowego i całkowitego uzupełniania tych strat poprzez jedzenie, bo to przecież nie oto chodzi. Dlatego odradzałbym branie kilogramów napoi i batonów przyczepionych do siebie na maraton, bo to jest dodatkowy ciężar, z którym będziemy musieli biec prze kilometry. A punkty odżywcze przecież i tak będą.
5) Strat:
- Nie jedz zbyt późno i obficie przed startem by nie doszły problemy żołądkowe. Picie to inna sprawa, potrzeba skorzystania z toalety w czasie biegu to znacznie mniejsze zło niż odwodnienie;
- Przed startem nie zapomnij o rozciąganiu, jeśli nie wiesz dokładnie jak to zrobić, popatrz na bardziej doświadczonych kolegów;
- Należy pamiętać również by się zabezpieczyć przed otarciami, są specjalne maśćcie lub nawet zwykły krem może nam pomóc. Dodatkowo kobiety mają staniki, mężczyźni również powinni się w podobny sposób zabezpieczyć… po 1 plastrze z obu stron w zupełności wystarczy;
- Mierz siły na zamiary, nie zakładaj sobie tempa o wiele szybszego niż wynika to z tego, co trenujesz, rozłóż dobrze siły, zaczynaj wolniej biec niż się Tobie zdaje, że powinieneś biec, jeśli się zastanawiasz czy biegniesz za szybko, nie rób tego po prostu zwolnij;
- To ma być relaks, można rozmawiać, jednak odradzam zbyt intensywne rozmowy, które mogą przeszkadzać innym biegaczom, w szczególności na początku, kiedy to mamy jeszcze nie spożyte zapasy energii;
- Nie dajmy się podpuszczać, najmniej męczy równy bieg „nie szarpmy” tempa. Prawdziwy bieg zaczyna się po 30 kilometrach, zamiast przez cały bieg stawiać sobie ścianę, lepiej przystopować i zacząć „żniwa” pod po 2/3 maratonu;
- Pierwszy start, to przed wszystkim walka z samym sobą, tu czas się nie liczy! Ważne by ukończyć bieg… to już przecież jest nasz rekord życiowy, a o jego poprawienie można się postarać następnym razem;
- Biegacze to jedna wielka rodzina po za sportową rywalizacją, należy się wspierać, jeśli widzisz, że ktoś potrzebuje pomocy, udziel mu je lub zgłoś to opiece medycznej;
- 500 kalorii to jednak już dużo, dlatego proponuje na każdym punkcie odżywczy pić (bo to w większości płyny tracimy), nawet jeśli nam nie będzie się chciało… bo jak mówi najbardziej doświadczony maratończyk z Leszna „ … jak już się zachce pić, to jest już za późno”.
Troszkę inaczej wygląda to z jedzenie… Ja osobiście zaczynam jeść banany po połówce lub 30 kilometrach, kiedy to zaczyna się prawdziwa walka;
- Kryzys pojawia się na każdym biegu i w końcu zawsze mija, należy o tym pamiętać i się nie poddawać.
Dodano dnia - 2010-07-28 12:46:34
Mój pierwszy raz.
Od mojego pierwszego maratonu (Kraków 2004) minęło już trochę czasu, do sprawy nabrałem odpowiedniego dystansu, chcę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami.
Początek
Uprawiam sport prawie od zawsze. Na początku była to piłka nożna w „Rydzyniaku” Rydzyna, potem w szkole średniej biegałem sobie od czasu do czasu po parku w Rydzynie. Kiedy zacząłem pracować w Lesznie od wczesnej wiosny do późnej jesieni do pracy dojeżdżałem rowerem. W pracy dużo ruchu (patrol pieszy). Mogę więc śmiało powiedzieć, że podbudowę jako taką miałem. Zamieszkałem w Lesznie na Os. Wieniawa więc do Karczmy Borowej było kilka kroków toteż truchtałem sobie w wolnych chwilach. Potem przeprowadzka na ul. Rejtana – tam do lasu miałem dosłownie 50 metrów grzechem byłoby więc nie biegać – nie grzeszyłem. Na Gwiazdkę 2003 r. w prezencie od Gwiazdora otrzymałem termoaktywną koszulkę oraz dzienniczek treningowy – był to prezent od Żony, która chyba dokładnie nie zdawała sobie sprawy do czego takie nieodpowiedzialne prezenty prowadzą. Jak już miałem bajerancką koszulkę i dzienniczek do notowania treningów nie pozostało nic innego od zabrania się za „treningi”. Nie znałem nikogo kto biegał, w księgarniach nie było żadnych pozycji biegowych, strony biegowe w internecie rodziły się w bólach. Byłem zdany sam na siebie, odwieczną metodą „prób i błędów” zacząłem treningi. Gdzieś tam w główce narodził się pomysł – jak już trenujesz to może wystartuj w jakimś biegu. Nie jestem minimalistą jak już postanowiłem pobiec w swoim pierwszym biegu na zawodach to musiał to być odpowiedni dystans – wybór padł, a jakże na maraton (nie wiedziałem, że „normalni” ludzie mogą startować w dłuższych biegach - 100 km, 24 czy 48 h). Szczerze to nie wiedziałem, że takie biegi w ogóle istnieją. Jak zapadła decyzja, że przebiegnę maraton to pozostała jeszcze kwestia gdzie to zrobić. Zaraz założyłem, że musi to być daleko od domu (aby znajomi mnie nie widzieli i nie wyśmiali mojego tempa). W tamtych latach (jak to pięknie brzmi jak opowieść starego dziadka) maratonów nie było tak dużo jak obecnie, wybór była więc zawężony. Kiedy dowiedziałem się, że w Krakowie organizowany jest maraton wszystko było jasne – królewskie miasto, królewski dystans. Wszystkim swoim znajomym opowiedziałem, że wybieram się do Krakowa przebiec maraton – zrobiłem to celowo, aby czasami w główce nie zaświtała myśl o rezygnacji – skoro wszyscy wiedzą jakoś głupio się wycofać.
Do Krakowa pojechałem z Żoną i Kubą na kilka dni przed biegiem. Był to przy okazji wyjazd turystyczny, chcieliśmy Kubie pokazać Kraków. Dwa dni były więc przeznaczone na zwiedzanie, trzeci na maraton. Biuro zawodów mieściło się w hali TS Wisła Kraków. Odbiór numeru i pakietu odbył się sprawnie. W biurze spotkałem sprzedającego swoją książkę Jerzego Skarżyńskiego. Nie słyszałem o nim wcześniej (potem dowiedziałem się, że to jeden z najlepszym naszych byłych maratończyków), książkę kupiłem, dostałem dedykację od Autora, który później stał się jednym z moich biegowych autorytetów, to jego plany treningowe są bazą moich treningów.
MARATON
Wreszcie sobota 08.09.2004 r. – dzień startu. Przypiąłem do zwykłej, bawełnianej koszulki numer startowy 38. Kilka pamiątkowych zdjęć, pożegnałem Dorotkę i Kubę, stanąłem na linii startu-mety, która wtedy znajdowała się na Starym Rynku. Mój plan był prosty: ukończyć maraton i przeżyć, plan maksimum: zmieścić się w 5 godzinach (i przeżyć oczywiście też). Przyznam szczerze szczegółów biegu już zbyt dobrze nie pamiętam. Bieg odbywał się na dwóch pętlach. Zarówno start, jak i meta znajdowały się – jak już mówiłem na Starym Rynku. Tam czekali na mnie Żona i Kuba, przebiegając w ich pobliżu na drugim kółku miałem jeszcze sporo sił i pozdrawiałem ich machaniem ręką. Pierwsze kółeczko „na luzie” bez jakichkolwiek dolegliwości, prawdziwe schody zaczęły się na drugim okrążeniu, a właściwie około 30 kilometra. Słowo „ściana” nie oddaje tego na co się natknąłem, to był prawdziwy dramat. Gdzieś na 37 kilometrze zacząłem się zastanawiać co ja tutaj właściwe robię, dlaczego tak się katuję, w tym czasie mógłbym robić wiele innych – na pewno mniej bolesnych rzeczy. Z każdym jednak metrem przybliżałem się do mety, a na widok bramy z napisem META przyspieszyłem nawet (nie wiem jakim cudem), czas 3:47,33 nie był rewelacyjny, ale dla mnie był to rekord świata. Ktoś uścisnął dłoń, na szyję nałożył mi mój pierwszy maratoński medal. Byłem naprawdę szczęśliwy. Tuż za metą był punkt z masażami. Ustawiłem się w kolejce, swoje odczekałem i wchodząc na stół do masażu zauważyłem, że cały numer startowy mam zakrwawiony (nie wiedziałem, bo i skąd, że sutki trzeba zaklejać). Po masażu doczłapałem jakoś do bliskich, każdy krok sprawiał mi ból. Ból fizyczny mieszał się jednak z euforią i dumą. Jestem MARATOŃCZYKIEM. Ta myśl wynagrodziła wszystko. Do domu wracałem obolały, ale jakże szczęśliwy. Już w drodze powrotnej zrodziła się myśl (a jakże) – trzeba wystartować w kolejnym maratonie, trzeba dalej biegać, ból jest niczym, radość z osiągnięcia mety wszystkim.
I tak to wszystko trwa już ładnych kilka lat. W tym czasie zrobiłem ok.16.000 km, przebiegłem ponad 30 maratonów, dwie „setki”, CCC. Pasja nie ustępuje, trwa, a nawet z każdym rokiem się pogłębia.
Dzięki bieganiu poznałem przede wszystkim wspaniałych przyjaciół, obejrzałem trochę świata, o korzyściach zdrowotnych nie będę nawet pisał.
W biurze, w pracy wiszą dwie tablice korkowe z biegowymi medalami, numery startowe z różnych biegów, wśród nich szczególne miejsce zajmuje antyrama z dyplomem ukończenia maratonu w Krakowie w 2004, mapą trasy, oraz numerem startowym 38, na którym do dziś widoczna jest duża plama krwi.
Paweł05.05.2010 r.
Dodano dnia - 2010-05-05 12:35:01
Marek Górny - "lepiej biegać niż nie biegać" Każdy z nas biegaczy ma swój własny powód, dla którego sięga po buty biegowe i wychodzi z domu. Dla Marka Górnego ze Święciechowy takim powodem była waga. Pewnego dnia usłyszał od lekarza swego rodzaju wyrok: jeżeli pan nie zrzuci kilku kilogramów to kręgosłup tego nie wytrzyma a panu grozi wózek. Był to czas, kiedy wskazówka jego wagi łazienkowej zbliżyła się do strefy końcowej, a wejście na piętro podczas przerwy śniadaniowej powodowało zadyszkę. Właśnie wtedy postanowił coś zmienić w swoim życiu i tym czymś było bieganie. Na początku było to 5 km pokonywane trzy razy w tygodniu marszobiegiem, waga powoli, ale regularnie szła w dół, a Marek zaczął biegać coraz to dłuższe dystanse. Na swój debiut w zawodach sportowych wybrał Piłę i rozgrywany tam półmaraton.
Jest wrzesień 2006 roku, kiedy staje na starcie w gronie 917 biegaczy, do mety dobiegł w czasie 1:59:11 i czół się jak prawdziwy bohater. Już wtedy wie, że będzie biegał i uczestniczył w zawodach, bo jest to święto dla braci biegowej. Mijały kolejne miesiące treningów i w kwietniu 2007 roku startuje w Bukówcu Górnym na dystansie 15 km uzyskując na mecie czas 1:15:30. Były kolejne starty i nieśmiała myśl, a może by tak maraton, i zaraz pytanie: czy dam radę? Debiut Marka w maratonie nastąpił we wrześniu 2007 roku we Wrocławiu gdzie magiczny dystans 42,2 km pokonał w czasie 4:13:13 i właśnie maraton ukochał najbardziej. W następnym roku pokonuje ten dystans 8 razy, poprawiając kilkakrotnie rekord życiowy. Rok 2009 Marek rozpoczyna od startu oczywiście w maratonie noworocznym w Chorzowie, do końca roku trasę maratonu pokonuje 16 razy, a rekord życiowy doprowadza do wyniku 3:18:42. Startuje też w kilkunastu krótszych biegach, przekracza kolejne granice i podczas Sudeckiej Setki pokonuje dystans 100 km. Kolejny raz z dystansem 100 km mierzy się w Blizanowie i z wynikiem 9:40:50 dociera do mety.
W jego licznych wyjazdach często towarzyszy mu żona Krystyna, która z aparatem w ręce dokumentuje jego starty, oraz syn Tomasz, który również biega i ma na swoim koncie kilka przebiegniętych maratonów i krótszych biegów. Jak podkreśla Marek obecność bliskich jest dodatkową motywacją do szybszego biegu.
W bieżącym roku ma na koncie już 6 maratonów i kilka krótszych biegów. Planując kolejne starty Marek wybiera te miejsca, w których jeszcze nie startował, bo jak zawsze powtarza, uprawia on swego rodzaju turystykę maratońską, przy okazji startów poznaje piękno Polski, oraz nawiązuje kolejne znajomości z ludźmi takimi jak on. Ma w planie jeszcze wiele startów, w miejscach nowych jak i tych gdzie już startował, a pytany, dlaczego biega odpowiada: „lepiej biegać, niż nie biegać”. Dodano dnia - 2010-04-27 22:47:40
Mój najtrudniejszy bieg w życiu Pod koniec ubiegłego roku w RUNNER’S WORLD nr 5/2008 przeczytałam artykuł Marka Dudzińskiego „Wokół Mount Blanc”. Temat bardzo mnie zainteresował, gdyż właśnie byliśmy (grupa leszczyńskich maratończyków: Wiesiu Prozorowski, Paweł Banaszak, Magda i Jarek Dawidziak, Przemek Piechowiak i my „Walczaki” ) w trakcie załatwiania formalności związanych z zaklasyfikowaniem się na trasę CCC (Courmayeur-Champex-Chamonix) biegu Ultra-Trail du Mont-Blanc 2009. Musieliśmy udokumentować, że „nadajemy się” na uczestników takiego ekstremalnego biegu, ukończenie Biegu Rzeźnika czy Sudeckiej Setki dawało 1 pkt. – minimum kwalifikacyjne na trasę CCC. Artykuł Marka dał mi wyobrażenie o czekającym biegu. Czasu na przygotowania było sporo – 8 miesięcy. Aktywnie przepracowałam zimę – bieganie , narty zjazdowe i biegowe, w tym udział w Biegu Piastów. Sezon biegowy rozpoczęłam udziałem w Półmaratonie w Poznaniu, potem przebiegłam towarzyski Maraton w Ustce.
Góry zawsze mnie urzekały, dlatego perspektywa biegu wokół Mount Blanc ekscytowała mnie. Ukończyłam wprawdzie Jungfrau Marathon (2007r) i Zermatt Marathon (2008r) ale być w samym sercu Alp na dystansie 98 km i z przewyższeniem +5505 m i -5690 m to prawdziwe wyzwanie. W maju odszukałam listopadowo-grudniowy numer RW by ponownie przeczytać artykuł Marka. Po uważnej lekturze stwierdzałam, że muszę zmienić plan treningowy i poważnie zabrać się do pracy. Świetnym sprawdzianem okazał się VI Bieg Rzeźnika – 12 czerwca o wschodzie słońca wyruszyłam z Leszkiem (regulamin biegu określał start w zespołach 2 osobowych) z Komańczy, by po 17 godz. i przebiegnięciu 78 km z przewyższeniem +3235 m i -3055 m dotrzeć do Ustrzyk Górnych. Wystartowaliśmy w strugach deszczu, który przez 5 godz. utrudniał nam bieg i spowodował, że bieszczadzki czerwony szlak stał się bardzo grząski, były odcinki gdzie brnęliśmy w błocie po kostki. Satysfakcja z ukończenia biegu była niemała, ale uświadomiłam sobie jak trudny będzie bieg wokół Mount Blanc, gdzie przewyższenie jest o 2300 m większe i dystans o 20 km dłuższy. Strach zmotywował mnie do dalszych treningów: 18 lipiec – Bieg na Śnieżkę, 26 lipiec – Bieg na Śnieżnik, 1 sierpień – I Maraton Karkonoski, 3 weekendy w sierpniu w Masywie Śnieżnika, gdzie trenowałam bieganie z kijkami i camelbakiem. I tak zbliżył się 23 sierpień - termin mojego urlopu i wyjazdu do Szwajcarii. Wyruszyliśmy busem, zespołem 6 osobowym ( z nami jak zwykle Lidka Prozorowska – nasz fotoreporter) do Finhaut – urokliwej szwajcarskiej miejscowości przy granicy z Francją, gdzie Wiesiu zarezerwował nam bazę noclegową. Trzy dni spędziłam z mężem i przyjaciółmi biegaczami wędrując po alpejskich szlakach, zaaklimatyzowałam się dobrze i nacieszyłam oczy pięknymi widokami. W przeddzień biegu tj. 27 sierpnia – pojechaliśmy do Chamonix, aby odebrać pakiety startowe i poczuć już atmosferę wielkiego biegowego święta. Przy pięknej słonecznej pogodzie dostojny Mount Blanc pokazał nam swoje oblicze. W dobrych nastrojach wróciliśmy do Finhaut ; jednak z godziny na godzinę bojowy duch ulatniał się. Jeszcze wieczorem sięgnęłam po relacje Marka z ubiegłorocznego biegu CCC, aby przemyśleć jak rozłożyć siły i zmieścić się w limitach czasowych na poszczególnych punktach kontrolnych. Posłusznie o godz. 21 byliśmy już w „łóżeczkach”, ale o śnie nie było mowy, słyszałam wszystkie nocne godziny wybijane przez zegar na wieży miejscowego kościoła.
I tak nastał dzień 28 sierpnia 2008, zanotowany dużo wcześniej w kalendarzu wielkimi literami: ULTRA –TRAIL DU MONT-BLANC CCC 2009. Godz. 6 rano – nie ma mowy by cokolwiek przełknąć, do startu pozostały 4 godziny. Jedziemy do Chamonix , gdzie czekają autobusy by przewieźć nas tunelem pod Mount Blanc do Courmayeur. Z numerem 8539 stanęłam w ponad dwutysięcznym tłumie na starcie. Jest to szczególny moment, kiedy miewa się różne stany emocjonalne – radość, duma, obawa, ciekawość, solidarność, lęk, nadzieja …, właśnie nadzieja, że osiągnę metę w Chamonix, towarzyszyła mi po usłyszeniu Marsylianki.
Przy pięknej słonecznej pogodzie i aplauzie mieszkańców miasteczka wystartowaliśmy o godz. 10. Przed nami 98 km trasy przez 3 kraje i 5 szczytów i świadomość, że przez 26 godzin nie „zmrużę oka”. W biegu towarzyszył mi mąż Leszek, będzie nam raźniej w dwójkę – powiedział. Początek był fantastyczny – bufet w Refuge Bertone o 12:09, pierwszy szczyt Tete de la Tronche 2584m osiągnęłam bez zadyszki, potem zbieg do Refuge Bonatti (14:42) i pierwszy odpoczynek w Arnuva (15:56) – zmiana skarpetek i ciepły posiłek (rosołek z pajdą chleba był pierwszym moim posiłkiem tego dnia). Oby tak dalej – pomyślałam. Wokół piękne widoki, alpejskie ośnieżone szczyty cieszyły oczy; to właśnie dla takich widoków chciałam uczestniczyć w tym biegu. Przed nami wielobarwny sznurek biegaczy wyznaczał trasę, widzieliśmy jak bardzo trzeba będzie się wspinać na drugi najwyższy szczyt biegu Grand Col Ferret 2537m. Lubię podejścia, dlatego na szczyt dotarłam dość szybkim i miarowym tempem o godz. 17:37. Nawet nie uświadomiłam sobie, że przekraczamy granicę włosko-szwajcarską. Do La Fouly przyjemny zbieg i 40 km zaliczone. Kolejny posiłek, uzupełnienie wody w camelbaku i zmiana skarpetek. Zaczęło robić się chłodno, zmieniłam krótkie spodenki na nieco dłuższe za kolana i w drogę. No i jak się później okazało wszystko co przyjemne skończyło się, szlak zmienił się z wygodnego piaszczystego na strasznie nierówny i kamienisty. Zaczęło się ściemniać i musiałam sięgnąć do plecaka po czołówkę. Zbieg do Praz de Fort i podbieg do Champex-Lac dłużyły mi się bardzo. Znacznie zmalało tempo. Szczególnie przy zbiegu bardzo uważnie stawiałam stopy, gdyż w pewnym momencie stawiając nierówno nogę poczułam ostry ból w kostce lewej stopy – przypomniała o sobie dawna kontuzja. W Champex-Lac był wyznaczony kolejny limit czasu: 23:20, ja zameldowałam się tutaj o 22:19, a więc nie było jeszcze tak źle, ciągle utrzymywałam godzinę „zapasu”.
Ta godzina bardzo przydała się w nocy, którą wspominam niemiło (delikatnie mówiąc). Dwa nocne szczyty: Bovine i Catogne zaliczyliśmy w gęstej mgle, przenikliwym chłodzie i mżawce. Po raz pierwszy pomyślałam niesympatycznie o organizatorach – trzeba być bardzo złośliwym, aby wyznaczyć trasę prawie pionowo w górę i po ostrych kamieniach. Przy podejściach radziłam sobie dobrze i nawet miałam satysfakcję prowadząc za sobą długi „sznurek lampek”. Gorzej było przy zejściach, utykałam z nogi na nogę i wiele osób mnie wyprzedzało. Do miejscowości Trient (70 km) trzeba było dotrzeć o 3:45. ja byłam o 3:16, a więc mój zapas czasu zmniejszył się z godziny do 30 minut. Na dłuższy odpoczynek nie mogłam sobie pozwolić, gorąca kawa, kilka plastrów salami i sera dodały mi sił. Czułam się dobrze, żaden kryzys mnie nie dopadł, tylko pęcherz na pięcie trochę dokuczał. Jeszcze tylko 28 km - pocieszałam się w myślach i wierzyłam, że damy radę. Odcinek trasy z Trient przez przedostatni szczyt Catogne do Vallorcine to tylko 10 km. Mnie pokonanie tego etapu zajęło 3,5 godziny!. Był to chyba najgorszy mój odcinek – ciemno, zimno i do domu daleko … Powoli zaczęło świtać, gdy zbliżałam się do Vallorcine. Hura, jesteśmy już we Francji i do Chamonix coraz bliżej. Była godzina 6:50 kiedy weszłam do namiotu, w którym mieścił się ostatni bufet. Zdziwiłam się jak wiele osób kończyło na tym etapie bieg i oddawało numery startowe. Na wcześniejszych punktach też widziałam sporo osób kończących swoją przygodę wcześniej. Do mety pozostało tylko 18 km, nie wolno się poddawać. Kilka łyków pepsi coli, ciasteczko i trzeba było wychodzić z punktu. Zapowiedź organizatora: za 3 minuty kończy się limit czasu, uświadomiła mi, że jestem już 21 godzin w trasie i sił mi ubywa. W tym momencie przypomniałam sobie, że Marek też miał rok wcześniej na trasie CCC 5 godzin na pokonanie ostatniego odcinka i musiał walczyć za czasem na końcu. Przyszła natychmiastowa mobilizacja – zażyłam odżywkę z magnezem i poczułam po kilku minutach przypływ sił. Wola walki był tak silna, że zaczęłam wyprzedzać osoby przede mną i wejście na ostatni szczyt La Tete aux Vents wspominam z przyjemnością. Ostatni limit czasowy 10:45 organizator wyznaczył na La Flegere, ja zameldowałam się tutaj o 10:10. Do mety miałam tylko 7 km i prawie 2 godziny czasu. Luzik, na pewno zdążę, pomyślałam. Na zejściu do mety znów traciłam cenne minuty wypracowane wcześniej podczas podchodzenia, pozwoliłam wielu osobom wyprzedzić się. W chwili gdy ujrzałam zabudowania Chamonix poczułam wielką radość i siłę, aby biec. Słyszałam okrzyki, oklaski, Jarek włożył mi do ręki polską flagę. Ze łzami w oczach, ale bardzo, bardzo szczęśliwa wbiegłam na metę o godz. 11:36. Moja radość była tym większa, gdyż mogłam cieszyć się razem z Leszkiem, który towarzyszył mi na całej trasie i był wielkim wsparciem; to właśnie jemu zawdzięczam ukończenie tego cudownego, ale jakże trudnego biegu.
Na mecie w Chamonix czekali już koledzy, którzy wcześniej pokonali trasę: Wiesiu Prozorowski (19:30), Paweł Banaszak (23:24) i Paweł Droździk, kolega maratończyk z Nysy (21:18); Magda i Jarek Dawidziak ukończyli swoją przygodę z Mount Blanc w Champex-Lac na 55 km.
Zaraz po biegu zgodnie stwierdziliśmy: „nigdy więcej …”. Minęły zaledwie 2 dni i już w drodze powrotnej do Polski zaczęliśmy planować start w Ultra-Trail du Mont-Blanc TDS tj. 106 km wokół Mount Blanc.
Lidka Walczak
Dodano dnia - 2009-09-15 09:51:12
Moich 50 maratonów Moją przygodę z maratonem rozpoczęła się w 1999 r gdy wróciłem do sportu po kilkuletnim rozbracie i wychodowaniu brzuszyska wielkiego jak dynia. Z dniem 1 stycznia ruszyłem z programem walki z nadwagą , a wszystko przez kobiety (zakład w pracy , że do ostatniego marca schudnę o 10 kg). Moja determinacja doprowadziła do tego , że waga pokazała ubytek o 15 kg.I w ten oto sposób z fajnego misiaczka stałem się facetem gotowym na wszystko .Któregoś dnia przeglądałem moje archiwum książkowe i wpadła mi w ręce książka "Bieg Maratoński " Pana Zaręby , przeczytałem ją i zapadła decyzja , że muszę tego spróbować , ale od decyzji do wykonania jeszcze daleka droga. Z regularnym bieganiem ruszyłem dopiero w czerwcu i do dziś pamiętam jaką trudność miałem aby przebiec w całości pętelkę dydaktyczną w Karczmie Borowej.Przez kolejne miesiące biegałem coraz więcej i coraz szybciej. Na miejsce debiutu maratońskiego wybrałem Warszawę miało to nastąpić 3 Pażdziernika. Wyjazd do Warszawy zaplanowałem na 2 z rana. Po dotarciu do biura maratonu odebrałem nr startowy i skierowanie na nocleg. Czego się tam nie dowiedziałem o maratonie : te historie o kryzysie na 32 km , o tym jak to należy pić podczas biegu , co jeść w dniu biegu jak i przed.Rano po nieprzespanej nocy autobusem organizatora pojechałem na start , towarzyszył mi wszechobecny zapach maści rozgrzewających. Po strzale startera cała kawalkada biegaczy ruszyła do biegu.Do połowy dystansu to jeszcze jakoś mi szło , ąle skąd mogłem wiedzieć ,że tempo po 4:15 na km jest za sybkie i że należy zwolnić aby na końcówce biegu mieć jeszcze troszkę sił.Walka z samym sobą nastąpiła po 30 km , doszedł do tego ból kolan i zwątpienie po co mi to było.Meta była usytuowana na podzamczu i przebiegało się koło niej na 32km mijając tych biegaczy którzy już po nawrocie zmierzali do niej. Ile trzeba mieć samozaparcia i silnej woli aby to przezwyciężyć to tylko maratończycy wiedzą.Jednak i ja po marszobiegu na ostatnich kilometrach dotarłem do mety w czasie 3:44:49 . Jaki ja byłem szczęśliwy i dumny z siebie czułem się jak prawdziwy bohater. Opisałem mój pierwszy maraton bo to był najważniejszy mój maraton bo pierwszy ten od którego się wszystko zaczęło , w kolejnych latach były następne starty w maratonach w całej Polsce, były też wyjazdy na maratony zagraniczne do Paryża , Berlina , Rzymu , Sztokholmu ,Mediolanu ,na maraton górski do Szwajcarii .Wszystkie te wyjazdy ze wspaniałymi ludźmi , których połączyła wspólna pasja do biegania.Mój jubileuszowy 50-ty maraton przebiegłem 18 maja w Łodzi . W moich planach są kolejne starty i następne granice , które będę pokonywał. Dziękuję tym wszystkim , którzy razem ze mną dzielą pasję biegową , za wszystkie życzenia z okazji jubileuszu i do zobaczenia na biegowych trasach. Dodano dnia - 2008-05-21 12:52:26
Maraton Dębno Już w najbliższą niedzielę po raz 35 padnie strzał , który będzie sygnałem do rozpoczęcia Maratonu w Dębnie. Jest to jeden z najstarszych maratonów w Polsce. Dla mnie przygoda z tym maratonem rozpoczęła się w 2002 r. Razem z Leszkiem Walczakiem biegliśmy w 29 edycji tego biegu w gronie około 250 biegaczy limit czasu wynosił wtedy 4:30 ,byłem pod ogromnym wrażeniem trasy ,która składa się z trzech pętli w dużej części prowadzi przez tereny leśne i malownicze wioski .Niesamowity był doping na całej trasie , a jak wielkie było moje ździwienie gdykibice dopingowali mnie z imienia lub krzyczeli brawo Leszno ( jaki byłem dumny).Dla mnie to szczególny maraton jeszcze z jednego powodu , po raz pierwszy w biegu maratońskim złamałem barierę 3 godz. i z czasem 2:59:05 ukończyłem bieg na 41m , Leszek z czasem 3:15:28 zajął 95 m. Od kilku już lat razem z maratonem odbywają się Mistrzostwa Polski mężczyzn i kobietw w biegu maratońskim Mistrzami Polski w 2002 r. zostali Jan Białk 2:14:01 , Grażyna Syrek 2:37:39 w tym roku Mistrzostwa będą eliminacją do Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. W kolejnych latach wracaliśmy na trasę w Dębnie zawsze z tym samym sentymentem oraz z coraz większą liczbą biegaczy z naszego regiony. W tym roku też jedziemy do Dębna i w gronie ponad 1000 biegaczy zmierzymy się z tą przepiękną trasą.
Dodano dnia - 2008-04-11 09:33:04