Menu

Artykuły


 

161 km biegowej przygody – GWINT 2015 - Waldek Binkowski

Niech to szlag !. Drugi kilometr Rudawskiej Wyrypy i zonk!. Zbiegając z jakiejś górki wpadam w rozpędzie w skalną szczelinę wypełnioną zeschłymi liśćmi. Przeraźliwy ból, na moment tracę świadomość. Próbuję wstać, udaje się. O bieganiu,  na moment mogę zapomnieć. Po chwili z trudem truchtam, w towarzystwie Piotra i Tomasza w poszukiwaniu  kolejnych punktów kontrolnych, rozsianych po malowniczych Rudawach Janowickich. Nie jest dobrze, ból nasila się. Tabletka przeciwbólowa załatwia sprawę i dalej przed siebie, jeszcze 50 km. Meta, cudowne uczucie. Dla mnie dziś wyjątkowa. Nie chodzi o to, że zajęliśmy z Piotrem bodaj piąte miejsce ex aequo. Przyczyna jest inna. Jestem w szatni, ściągam ostrożnie buty. Nie wygląda to dobrze, lewa stopa ok., prawa masakra. Nie boli ( pewnie środki przeciwbólowe jeszcze działają !), lecz opuchlizna jest gigantyczna. Delikatnie kąpię się pod natryskiem, traktuję moja prawą stopę jak najcenniejszą część ciała. Powrót do domu, jest późna noc. Rano kontrola stopy, przy chodzeniu nie boli, ale o bieganiu można zapomnieć. Ewidentne skręcenie stawu skokowego, tyle że wg mnie nie jest źle. Okłady, tylko okłady mogą pomóc. Fajnie tylko z czego te okłady ?. Jest !. Otwieram szufladę zamrażarki, w rękę wpada mi woreczek zamrożonych truskawek. W sam raz, przykładam do kostki, obwiązuję bandażem. Zimno jak cholera, ale po chwili ulga znaczna. Po jakimś czasie czuję że w woreczku pływają truskawki, z powrotem z nimi do zamrażalnika. W rękę wpada zamrożony szpinak. Może być i szpinak. I tak na przemian. Z początku lewy staw skokowy miał w obwodzie 26 cm, natomiast prawy 31 cm. Pod koniec dnia ponowne pomiary, lewy bez zmian, prawy … 28 cm . Cudowna poprawa, mijają kolejne dni kuracji szpinakowo- truskawkowej. Po czterech dniach postanawiam testowo potruchtać kilka kilometrów. Kończę po 11km, nie był to sprint, ale na start na dystansie 100 mil ( 161 km ) powinno starczyć. By wspomóc kurację termiczną, zaczynam po pracy pływać… nie , nie na pływalni. Rzut beretem jest milusie jezioro Łoniewskie, i to ono jest areną moich hipertermicznych zmagań… tak z 500 m pływania, a wierzcie mi, woda jest całkiem przyjemna, mimo że to początek maja. Piątego dnia po skręceniu stawu mówię Marylce ( żona ), że chcę jechać na Super Gwint 100 mil, że opłata startowa wniesiona, że tak bardzo czekałem na te zawody. Patrzy na mnie tak jakoś… dziwnie. Ty jednak nie jesteś normalny - rzuca za plecami. Fakt!, ale powiedzcie mi który z ultrasów jest normalny ?. Czwartek, ostatnie ustalenia. Jedziemy we trójkę, sprawdzona ekipa:  Paweł, Alicja i ja. Przygotowania przedstartowe. Coś należało by ze sobą zabrać, jakieś Izo, coś słodkiego ( snikersy ), tabletki przeciwbólowe, jakąś colę na przepak. Spać się będzie chciało na pewno, więc powinna się przydać. Jeszcze kilka żeli do kompletu. Piątek, o 14,00 Alicja zabiera mnie z przed domu, jedziemy po Pawła. Około 15,30 jesteśmy na miejscu. Sala sportowa w Grodzisku Wlkp.
Szybka weryfikacja, ostatnie konsultacje, co do przepaków, i te ostatnie lądują w biurze zawodów.  Należy cos zjeść,  taka nasza ostatnia wieczerza. Rozglądam się ciekawie, miłe, pięknie zadbane wielkopolskie miasteczko. 
W pobliskim barze zamawiamy, co kto lubi , i bez pośpiechu raczymy się ostatnim ludzkim posiłkiem na najbliższe 24 godziny. Dociera do nas Mariusz, siedzimy gaworząc zgodnie, na interesujące nas tematy biegowe.
Dochodzi 17,00, ruszamy do Sali sportowej. Tam już niczym w ulu, rojno i gwarno. Spotykamy kolejnych, bliższych lub dalszych biegowych znajomych. Czas nagli, przebieramy się, i wszyscy razem, z plecakami biegowymi ruszamy na miejsce startu tj. Grodziski rynek. Kocham ten moment. Adrenalina kropelkami się sączy, a my niczym rasowe ogiery stajemy niczym w boksach startowych, niecierpliwie przebierając nogami. Przed startem ostatnie konsultacje, Paweł i Mariusz  pociskają sami , niezależnie. Mariusz jest mocny, pewnie celuje ukończyć bieg w granicach 20 godzin, Paweł zadowoli się wynikiem 25 godzin. Ja biegnę z Alicją, tak ustaliliśmy jeszcze w czasie crossu straceńców. W sumie to szczęście w nieszczęściu z tą moją stopą, w tym momencie jesteśmy mniej więcej dopasowani do siebie kondycyjnie, a i Alicja poczuje się pewnie pewniej w mrokach nocy, mając kogoś znajomego obok siebie. Ostatnie pamiątkowe fotografie i punktualnie o osiemnastej, 64 desperatów rusza w nieznane.
Przed nami 161 km biegowej przygody. Z początku poruszamy się uliczkami Grodziska, by w ciepły majowy wieczór zatopić się pobliskich lasach. Towarzystwo nie wytrzymuje napięcia, jeden przez drugiego wyprzedza. Kochani, przed wami 100 mil !, to nie start w maratonie. Cóż, sami do tego dojdziecie. Kolumna biegaczy rozciąga się, po jakimś czasie widać tylko pojedyncze postacie, to z przodu, to z tyłu.
Nieśpiesznie biegniemy, mijają kolejne kilometry. Trasa jest doskonale oznaczona, nie sposób się pogubić. Niestety jest potwornie piaszczysta , niczym bieg po plaży. Uważnie wsłuchuję się sygnały docierające z mojej kontuzjowanej stopy, czy aby ona wytrzyma ?. Docieramy do pierwszego punktu kontrolnego w Woli jabłońskiej, szybko uzupełniamy camele , łapiemy po kawałku banana i w drogę. Rozglądam się ciekawie. Biegniemy szutrowo-piaszczystą drogą. Od czasu do czasu , to z lewej , to z prawej mijamy w oddali zabudowania. Taki dziwny układ miejscowości, nie zwarty , lecz rozsypany na przestrzeni kilometrów, pogubiony w zagajnikach i wśród polnych krzewów i alei drzew. Niczym u Pana Boga za piecem. Z wieczór przechodzi niedostrzegalnie głęboką noc. Poprzez niekończące się lasy, docieramy przed północą do Rakoniewic. Tam na ryneczku punkt kontrolny. Znów to samo, uzupełnić wodę, coś podjeść. By nie tracić czasu,  szybkim marszem ruszamy dalej, jednocześnie konsumując smakołyki pozyskane w Rakoniewicach. W ostatniej chwili przypominam sobie o aparacie fotograficznym. Zostawiłem go przy punkcie, jak uzupełniałem Camela. Alicja na moment zostaje na ulicy sama , a ja biegusiem ruszam po zgubę, by po chwili być z powrotem. Po mniej więcej 10 km od opuszczenia Rakoniewic docieramy do Głodna. To już północ, jestem pewien że najczujniejsze psy już śpią. Rozczarowałem się serdecznie, co chwilę, to z okien, czy z przydomowych ławeczek, lokalni kibice zagrzewają nas do dalszego biegu. Dla takich chwil chce się żyć. Co rusz dublujemy się z kolejnymi uczestnikami Super Gwintu. Z Alicją zmieniamy się co rusz. Raz ona prowadzi, raz ja. W ten sposób łatwiej, można nieco odpocząć psychicznie, nie koncentrując się na szukaniu oznaczeń trasy. Piasek daje nam się we znaki, naprawdę jest paskudny. To już okolice jeziora Wolsztyńskiego, a konkretnie, biegniemy ścieżką nad jeziorem. Widać już rozświetlone miasto. Kilometry wloką się niemiłosiernie. Około 1,30 docieramy do punktu kontrolnego. Za nami 51 km trasy. Chwila odpoczynku. W budynku jest ciepło, przyjemnie. Uzupełniamy wodę, łapiemy w dłoń nasze przepaki, zabieramy co uznajemy za niezbędne. Jeszcze ciepła zupka pomidorowa i gorąca herbata i ciasto. Zastanawiam się jak taki mix wpłynie na mój żołądek. Komu w drogę temu czas. To z przodu to z tyłu widać niczym świetliki, uczestników biegu. Giniemy w pod wolsztyńskich lasach. Robi się chłodno, przeraźliwie chłodno, a ja nie zabrałem rękawków. To najtrudniejszy moment zawodów, najgorszy czas. Głupie myśli buszują po naszych głowach, niczym stado bawołów. Nadchodzą chwile słabości, nie fizycznej, bo kondycyjnie jesteśmy dobrze przygotowani, ale słabości psychicznej. Czy ja dam radę ?!!. Co chwilę zerkamy na garmina. Kilometry wloką się niemiłosiernie, dochodzi czwarta nad ranem. Zerkając uważnie, widzę niewielką zmianę na wschodzie horyzontu, to zapowiedź świtu i końca naszych problemów. Przed punktem nad jeziorem w Kuźnicy Zbąskiej, mija nas pierwszy zawodnik z trasy 110 km, która wystartowała o 3,00 z Wolsztyna. Po chwili jesteśmy na punkcie. Znów jak w dniu świstaka, uzupełnić camela, coś zjeść i w drogę. Zaczyna się pagórkowaty teren. Podchodzimy pod górki. Cudownie wstaje nowy dzień.
Co chwilkę mijają nas kolejni zawodnicy trasy Gwintu 110 km. Dochodzą do nas nasi przyjaciele z Leszna, ich obecność dodaje nam sił. Dalej, byle dalej. Alicja liczy ile jeszcze nam zostało kilometrów do  ukończenia. Jezu Chryste !, tylko nie to, Alice! ,nie licz ile zostało do ukończenia, bo Ci głowę cyfra rozwali !!!. Licz ile zostało do najbliższego punktu kontrolnego !, tak znacznie lepiej. Psychika nie siądzie . Malowniczymi wzgórzami docieramy do kolejnego punktu kontrolnego, czyli Jastrzębska. Przed punktem wyprzedza nas karetka na sygnale i podjeżdża pod punkt. Ktoś ma kłopoty. Uzupełnić wodę, coś zjeść i w drogę. Jest nieco lepiej, ale tylko nieco. Wzgórza niższe, piasku mniej. Docieramy w końcu do autostrady Wolności i ją przekraczamy. Dalej prosto  do Miedzichowa. W pewnym momencie jest to typowa biegowa agrafka, mijają nas biegacze którzy już byli na punkcie. Zachwalają drożdżówki. Widać punkt. Jeszcze tylko przez mostek, jeszcze 100 m. Ulga, można nieco odpocząć, wypić nieco coli. Pytam o drożdżówki, były , nie ma, uzyskuję odpowiedź. Zostały bułki, ale suche. Nieco rozczarowani ruszamy w dalszą drogę. Kierunek Nowy Tomyśl. Robi się całkiem sympatyczna , słoneczna sobota. Znów lasy, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jest troszkę cienia, a i wiatr nie dokucza. Docieramy do rzeczki o nazwie Czarna Woda. Niby nic, kłoda przerzucona przez koryto rzeczko i dla bezpieczeństwa poręczówka z liny.
Nie stanowi to problemu , ale…. wchodzę na pień jako pierwszy, ostrożnie się poruszam. Pień jest śliski , tracę równowagę. W akcie desperacji trzymam się poręczówki, ale ona , niczym guma od starych gaci….. Jak na zwolnionym filmie , nieśpiesznie ląduję plecami w wodzie. Chce mi się śmiać. Wody w rzeczce po kolana , a ja cały , od stóp do głowy mokry . Jestem na drugim brzegu. Czas na Alicję. Pomny sflaczałej poręczówki, zanim Alicja zdecyduje się na przekroczenie rzeczki, zapieram linę o tyczkę i w ten sposób naciągam ją nieco. Alicja po chwili ląduje bezpiecznie na moim brzegu. Ale obciach!. Po mnie ścieka brudna woda, a Alice, cała, zdrowa i uśmiechnięta . Nie ma czasu na duperele. Szybko zastanawiam się czemu mogła zaszkodzić woda… No nie!, aparat fotograficzny. To już drugi który „utopiłem „ szybko wyciągam z plecaka. Po aparacie ścieka woda. Włączam go i…. nic. Nie ma co się zastanawiać nad aparatem, to nic nie zmieni, a czas ucieka. Woda chlupie w butach, w lewej stopie czuję nienaturalny ucisk. Pęcherz, jak nic. Nie ma co, biorę tabletkę przeciwbólową. Tak profilaktycznie, jak pęcherz pęknie, może być za późno. Truchcikiem przekraczamy ponownie autostradę, tym razem z północy, na południe. Szutrową drogą pociskamy w kierunku Nowego Tomyśla. Przekraczamy obwodnicę tego miasta i…. znów lesiste górki. Do punktu tak blisko, a my serpentyną, raz w lewo, raz prawo, raz w górę , raz w dół. Koniec końców, docieramy do ścisłej zabudowy, by po chwili pojawić się na kolejnym punkcie kontrolnym, czyli Nowo Tomyskim rynku. Tam gwarno i tłoczno , za mniej więcej 40 minut ruszy trasa mini Gwintu, czyli 55 km. Uzupełnić wodę, zjeść co nieco, odszukać przepak. Dobrze, że profilaktycznie na ten punkt zabrałem obuwie zamienne i skarpety. Ściągam buty i skarpety. Obraz nędzy i rozpaczy. Rzeczywiście  na jednym z paluchów lewej stopy wyrósł imponującej wielkości bąbel. Jest cały, cudownie!. Wycieram stopy skarpetkami, by nie było na nich ziaren piasku, delikatnie zakładam czyste skarpety i suche buty. Alicja też nie próżnuje , przebiera się w polowej szatni. Przez moment rozmawiamy z naszymi przyjaciółmi którzy o 12,00 wystartują na trasę 55 km. Nie ma co się ociągać. Za nami 106 km, pozostało tylko 55km. Uliczkami Nowego Tomyśla ruszamy w kierunku Wąsowa, kolejnego punktu kontrolnego. Idziemy, Alicja dzwoni do męża , a ja w marszu posilam się resztkami ciastek. Na rogatkach miasta ponownie biegniemy. Trasa wiedzie typowymi polnymi wiejskimi  drogami, niestety znów …..piaszczystymi. Biegniemy coraz wolniej, od czasu do czasu przechodząc do marszu, i ponownie bieg. Oglądając się do tyłu widzę brygadę pościgową, w postaci zawodników trasy 55 km. To było do przewidzenia. My jesteśmy już wykończeni , a oni niczym świeżynki . Mijają nas, najpierw czołówka, później kolejni zawodnicy. Przez moment zamieniamy po kilka słów z widzianymi w Nowym Tomyślu przyjaciółmi. Żartują że pierwszy raz udaje im się mnie wyprzedzić. Mozolnie trawimy kolejne odcinki. Na horyzoncie folwark Wąsowo, nasz punkt kontrolny. Nieco rozdzieliliśmy się z Alicją, więc na rogatkach miejscowości czekam chwilkę za nią. Jesteśmy na punkcie. Znów to samo, uzupełnić wodę, bez tego zginiemy. Później możemy co nieco zjeść, chwilkę odpocząć i dalej w drogę. Z początku jakieś 800 m asfaltową drogą, by za oznaczeniami zatopić się w nagrzany promieniami słonecznymi las. Niby z każdym kilometrem bliżej, lecz każdy przebyty kilometr kosztuje więcej wysiłku. Już więcej marszu jak biegu. Nogi odmawiają posłuszeństwa. To już 130 km. Pojawia się ratownik medyczny na quadzie, pyta czy ok. Oczywiście że ok, tylko ta trasa jakaś z gumy. Od czasu do czasu dublujemy się z różnymi zawodnikami. Jakoś nie wiedzieć skąd, dostajemy zastrzyk energii. Może to bliskość mety tak działa ?, wszak zostało niespełna 30 km. Biegnę przodem, Alicja za mną, jakieś 50 m. Za kolejnym zakrętem, tuż przed punktem w Porażynie, zaskoczenie. Tomasz ( mąż Alicji ) oraz jej córeczki Karolina i Laura. Przyjechały, by z zaskoczenia dopingować mamie Alicji w jej finiszu. Wspaniała niespodzianka!.
Dziewczyny szczebiocząc , docierają do punktu, chwila odpoczynku, Alicja jest wyraźnie zachwycona niespodzianką . Cóż, nie ma że boli, Tomasz z dziewczynkami wraca do Leszna, a my dalej pociskamy w kierunku Lasówki. To ostatni punkt kontrolny. Widać że obecność rodziny fantastycznie zadziałała na Alicję, wiem że ukończymy bieg. Nie wiem jeszcze jaki osiągniemy czas, lecz ukończymy na pewno. No nie, znów górki, znów piasek. Będzie mi się to śniło, latami. Pokonywane setki metrów, są niczym kilometry, zmęczenie robi swoje. Krótko przed punktem w Lasówkach, widzę w oddali kilka osób spacerujących leśną drogą. Po chwili znikają za jakimś krzewem. Biegnę w tym kierunku. Alicja za mną. Opodal krzewu rozpoznaję sylwetki, to Tomasz z dziewczynkami . Ponownie chce zrobić niespodziankę Alicji. W biegu kładę palec na ustach…. Rozumieją w lot. Przebiegam dalej, a po chwili , z moimi plecami słychać radosny wrzask. Ale czad!, jest bosko!. Dobiegamy do ostatniego punktu. Do mety tylko 17 km, albo aż 17 km . Chwilkę odpoczywamy, jest już wieczór. Zbiera się na pierwszą majową burzę. Ruszamy. No nie,  zaczyna padać, Alicja pyta czy zakładamy coś przeciwdeszczowego. Odpowiadam że ja nie ubieram, w odpowiedzi słyszę że ona również nic nie ubiera. Deszcz ma swoje zalety. Po pokonaniu w słoneczny dzień blisko 150 km, czy chcę czy nie , każdy z nas czuje swój zapach.  Deszcz nieco pomaga. W sumie, to nie ma co narzekać , burza przeszła bokiem. W momencie widzę że środku lasu, na pieńku siedzi człowiek. Fatamorgana czy co ?. Nie , rzeczywiście jest. To zawodnik z Gwintu. Pytam czy coś się stało, czy mu pomóc. Brak siły, nie może ruszyć się z miejsca. Boli Cię coś ?, nie - słyszę w odpowiedzi - tylko brak siły. Chłopie rusz d…. – mówię – tak niewiele zostało do mety. Nie , ja odpuszczam , nie dam rady, za chwilę przyjedzie po mnie transport . Trudno, zasuwamy dalej. Na pobliskiej leśnej krzyżówce spotykamy lotny punkt kontrolny i w tym momencie dojeżdża transport sanitarny po nieszczęśnika. Pytają gdzie go szukać, udzielamy wskazówek i po chwili ruszamy dalej. Zostało ani chybi, z 10 km, jest ciężko, boli wszystko. Alicja zasuwa jak mały czołg , milczy, czasem coś pod nosem warknie do siebie i pędzi dalej. Nie ma innej opcji. Znów górki, co ja mówię: góry! i…. piach! . Z każdym przebytym kilometrem ciężej. Zbliża się późny wieczór. Zastanawiam się czy założyć czołówki, ale nie, jeszcze nie. Po wyjściu z lasu powinno być nieco widniej, więc czołówki będą zbędne. W końcu wynurzamy się z lasu. Do mety pozostało jakieś 4 km . W milczeniu, z bólem wypisanym na twarzach, pokonujemy kolejne kilometry. Jesteśmy już w Grodzisku, nie ma opcji marszu, tylko bieg. Zawsze mnie to zdumiewa, skąd po pokonaniu takiego dystansu, w człowieku znajduje się siła  by biec ?. Kilka minut po 21,00 razem z Alicją przekraczamy linię mety. To aż niemożliwe, nie chce się wierzyć, lecz zatrzymujemy się i nie musimy już biec!!!. Przepiękne medale na naszych szyjach są dowodem ukończenia przez nas tego gigantycznego biegu. Alicja cieszy się jak mała dziewczynka. Przebiegła 161 km, to dystans którego pokonaniem może się poszczycić zaledwie kilkanaście kobiet w Polsce. W jej rodzinnym Lesznie, to wyjątek, nie mający sobie równego wśród kobiet. Dla mnie to również powód do radości, ukończyłem ten dystans, mając skręcenie stawu skokowego. Z drugiej strony pewnie znajdzie się spora grupa osób, która powie że to tylko dowód mojej głupoty….. pewnie mają nieco racji. Otrzymujemy polary finiszerów biegu Super GWINT, idziemy na posiłek. Spotykamy przyjaciół którzy ukończyli inne dystanse. Każdy cieszy się własnym sukcesem, a jednocześnie gratuluje nam ukończenia tego masakrycznego dystansu. Po chwili okazuje się że  mamy 42 i 43 miejsce open ( na 64 osoby które wystartowały ), oraz każde z nas, trzecie miejsce w swojej kategorii wiekowej. Krótka dekoracja, powrót do bazy zawodów. Po kąpieli odszukuję śpiącego Pawła ( ukończył 161 km w czasie 24 godzin i 49 minut ). Z racji tego, że  nieco się wyspał, to on kieruje w drodze powrotnej, ja ląduję na tylnym siedzeniu i jednej chwili odlatuję w nicość.

Zdjęcia z biegu
   



Naszą stronę odwiedziło już
3881818 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas