Menu

Artykuły


 

Dlaczego Nie !!!...Maraton Komandosa 2014

          W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku biegowego  ( Maraton Poznań 2014 - życiówka ! ), szykowałem się niczym niedźwiedź do zimowego snu. Coś nie dawało mi jednak spokoju, do świąt Bożego Narodzenia jeszcze tyle czasu i co ? Tylko truchtanie po leszczyńskich lasach ? Jesień w tym roku wyjątkowo piękna i ciepła. Przeglądam kalendarz biegowy: to nie, to za daleko, to za krótki dystans ,to za łatwe. Bingo ! Maraton Komandosa w Lublińcu, legendy o tym biegu krążą. Lokalny biegowy guru, swego czasu stwierdził, że maraton Komandosa to czyste wariactwo, nie mające wiele wspólnego z klasycznym maratonem. Jednym słowem coś w sam raz dla mnie. Im trudniejsza impreza tym, łatwiej mnie na nią namówić

                Ubiegły rok jakoś przespałem. Zapisy zostały zakończone,  zanim się zdecydowałem. Wystartowały za to, moje dwie koleżanki klubowe : Alicja i Monika. Bez problemów ukończyły maraton. Dumnie wypinały piersi w przód , że dały radę i niejeden młodzieniec przybiegł do mety za nimi. Coś we mnie wtedy ożyło, uczucie podziwu i zazdrości.  Takie dwa w jednym. One drobne dziewczynki dały radę a ja nie?  Teraz na mnie kolej!  Po rozmowie na temat maratonu Komandosa, Alicja przesłała mi zdjęcia swojej stopy, z mety maratonu Komandosa.
 
 
Masakra! Myślała pewnie że mnie przerazi i odwiedzie od uczestnictwa w tej wariackiej imprezie. Ładne zdjęcie, nie ma co. Szacunek dla Alicji ogromny. Ukończyć maraton Komandosa w pełnym umundurowaniu polowym, z 10-cio kilogramowym plecakiem i w butach z minimum 19-sto cm cholewką. Przy takim stanie stopy, wielki wyczyn. Twarda z niej sztuka!
 
             Teraz jak przekonać Marylkę? ( żona ! ), że chciałbym wystartować w maratonie Komandosa. Wszak obiecałem jej że w tym roku Poznań, to będzie mój ostatni start. Najlepiej przekupić!  Tak, to zdecydowanie dobry pomysł ! Koncepcja następująca: jedziemy razem na maraton Komandosa, po nim, na pięć dni w góry. No powiedzcie mi która dziewczyna tego nie kupi ? Każda! Najłatwiej się zapisać, teraz reszta. Okazało się że załatwienie kompletnego munduru polowego nie stanowi większego problemu. Stanęło na sorcie mundurowym z demobilu Bundeswery. Szybko i sprawnie i za śmieszne pieniądze. Buty, ważna decyzja. Przeglądam fora, pytam tu i ówdzie. Wyszło że najlepszym wyborem będzie Grom Protektor 742, i to była właściwa decyzja. Przyszły kurierem szybko, rozpakowuję. Takie pachnące i pasują jak ulał. Teraz plecak, a właściwie jego zawartość, czyli łączna waga minimum 10 kg. Po sąsiedzku, czyli ze składu złomu załatwiłem śliczne ołowiane rury. Pięknie je poprzycinałem, wyprofilowałem w kształt moich pleców i starannie zawinąłem w folię pęcherzykową i posklejałem taśmą pakową. Tak przygotowaną i zważoną sekcję starannie umieściłem w plecaku i resztę pustego miejsca wypełniłem folią. Czas na treningi. Ubieram mundur, buty, plecak. Pokazuję się Marylce, jakby pojaśniała.
 
 
 Błysk w jej oku. Jest dobrze, za mundurem panny sznurem.  Czas na treningi, rozbiegać buty, ułożyć balast wplecaku i przyzwyczaić plecy do wysiłku. Tylko bez przegięć!, raz w tygodniu wystarczy. Tak ze 25 do 30 km jednorazowo, bo więcej to przesada. Więcej szkody dla organizmu, niż pożytku. Pierwsze koty za płoty. Buty cudownie się ułożyły, lepiej niż przypuszczałem, gorzej z plecakiem. Pomimo starannego, jego dopasowania i dociągnięcia szelek. Po każdym treningu , na plecach pojawiają się krwawe obtarcia. Eliminuję szelki od spodni, są niczym stempel między plecakiem a plecami. Od razu zdecydowana poprawa. Zamiast obtarć pojawiają się tylko zaczerwienienia naskórka. Jednym słowem na maratonie powinno być dobrze. Aby nie wzbudzać sensacji biegam wyłącznie po lasach, cisza i spokój. Którejś soboty łączę trening w mundurze z dobiegiem nad jezioro Górzno ( początek sezonu morsowania ). Biegnę ścieżką wzdłuż drogi wojewódzkiej. Regulaminowo ubrany,  nawet czapka Bundeswery jest na swoim miejscu. Mijające mnie samochody lekko zwalniają a kierowcy z ciekawością na mnie zerkają. Jeden z nich, na widok biegnącego z plecakiem żołnierza, zatrzymuje się. Kierowca poprzez otwarte okno rzuca :
      - Panie!, może pana podwieźć do jednostki?
Kompletny czad ! Treningi przebiegają sprawnie i jestem umiarkowanym optymistą. W przeddzień wyjazdu staranne pakowanie, muszę pamiętać o wszystkim, czy jest kompletny mundur? plecak? buty ? Oczywiście pozostałe moje rzeczy osobiste i biegowe, wszak po maratonie obiecany wyjazd w góry. Będę tam nie tylko leżał w jacuzzi, ale również pobiegam po górach Izerskich. Żona również się pakuje, lecz to zupełnie inna bajka, i każdy z mężczyzn wie co mam na myśli, mówiąc o pakowaniu się kobiety do wyjazdu.
 
            Wyjeżdżamy w piątek, po południu. Droga mija szybko i przyjemnie. Około 18,00 jesteśmy na miejscu. Kokotek –Silesiana. Sorry panowie i panie, wczesny Gierek lub późny Gomółka, jak kto woli. Dosłownie  podróż w czasie. Wszyscy którzy biegli w maratonie Komandosa wiedzą o czym mówię. Weryfikacja przebiega sprawnie, kontrolny pomiar wagi plecaka, 10,30 kg , jest ok. Próbuję dodzwonić się do Piotra, dziś o tej porze, biegowa brać podsumowuje sezon . Pewnie przy piwku,  niestety nie odbiera. Nocleg w przygodnym zajeździe opodal Kokotka, w miarę. O szóstej pobudka, ostatnie przygotowania. Uzupełniam camela i ładuję go do plecaka. Ubieram mundur, buty. Jakbym cofnął się w czasie. Niczym szlachetny pobór, jesień 1984. Idziemy na śniadanie, na zewnątrz dziwnie chłodno . Zerkam na termometr, minus 5 stopni Celsiusza.  E, tam!, pewnie się później ociepli. W restauracji praktycznie wszyscy w mundurach. W skupieniu, bez pospiechu  jemy śniadanie. Zwalniamy pokój, ładujemy z powrotem bagaże i po chwili jesteśmy przy Silesianii.
 
                 Tu jak w wielkim oliwkowym mrowisku. Wszędzie mundury. Parkuję samochód w dostępnym miejscu ( później okazało się że to najlepsza pozycja do oglądania maratonu z wnętrza samochodu, taki bonus dla Marylki ). Zdaję plecak, jest ponownie ważony, 11,60 kg czyli ok. Dzwonię do Sławka, po chwili spotykamy się opodal placu na którym zdawane są plecaki. Robimy wspólne , pamiątkowe zdjęcie. Ja, Sławek i Paweł. Wszak tworzymy team MARATON LESZNO. Po chwili w mrowiu żołnierzy widzę znajomą postać, przyglądam się, Remik ? Waldek ? Ściskamy się serdecznie, poznaliśmy się w ubiegłym roku na B7S. Wspólnie pokonany dystans 240 km, cementuje na lata. Znów wspólna fota.
 
 
Powoli zbliża się czas startu. Niestety nic nie wskazuje że temperatura się podniesie. Marylka z przejęciem robi nam kolejne zdjęcia. Ostatnie sekundy, jeszcze tylko znak krzyża. Komu w drogę temu czas.
 
 
                    Ruszyła zielono-oliwkowa kawalkada, zrazu powoli jak żółw ociężała. Nie ma co świrować, obiecałem że pobiegnę spokojnie, zerkam na garmina. No nie, to z kolei on świruje. Zamiast pokazywać pokonany dystans i prędkość, pokazuje nachylenie i wschód słońca. Niech to szlag. Widocznie przypadkiem go przestawiłem. Teraz w biegu, nie ma czasu, by się zastanawiać jak go poprawnie ustawić. Po przebiegnięciu ok. 1 km czuję że buty stają się dziwnie luźne, no nie sznurowadła !  W biegu ściągam rękawiczki i przystaję na chwilkę. Najpierw lewy, następnie prawy but sznuruję ponownie. Niby prosta czynność, lecz mając zmarznięte dłonie, nic nie jest proste. Wyprzedza mnie z dwustu zawodników. To nic, jeszcze was dopadnę! Ruszam , moje pogróżki spełniam szybciej niż można by przypuszczać. Co kolejny pokonany kilometr, mój garmin sygnalizuje średnią prędkość pokonanego dystansu. Nie jest źle. Zrazu 5,50 min/km, by po czwartym kilometrze ustabilizować się na tempie 5,35-5,40 min/km. Jest dobrze, mijają kolejne kilometry, biegniemy lasem, czasem mijamy niewielkie wsie. Kolumna znacznie się rozciągła, a ja mam wrażenie że jestem gdzieś w jej czole. To raczej ja wyprzedzam kolejnych mundurowych, niż oni mnie. Zbliża się półmetek, mróz robi swoje. Czuję, a raczej nie czuję twarzy. O dłoniach nie wspomnę. Dobiegam do końca pierwszej pętli.  Z dala widzę Marylkę, wychyla się z samochodu, robi zdjęcia. Krzyczy że mam rewelacyjny czas. Na tym etapie to bez znaczenia. Bieg dopiero się zaczyna.
 
 
 Dobiegam do rzeczywistego półmetka, ze stołu zgarniam w biegu pozostawione izo. Próbuję w biegu je wypić. Twarz skostniała, ledwo otwieram usta. Ponownie dobiegam w miejsce gdzie jest żona. Próbuję coś do niej w biegu krzyknąć. Z gardła wydobywa się nieartykułowany charkot. Przede mną  mniej, jak więcej. Rozgrzewka za mną, teraz zaczyna się walka, nie z konkurentami, nie z dystansem. Walka z własnymi słabościami. Prędkość nieco spada, już powyżej 6,00min/km. Moje drugie ja mówi przewrotnie i kusi: daj spokój odpocznij,  zwolnij, popatrz oni też idą , po co się tak męczyć, tylko marsz, tak z 200 m, później pobiegniesz dalej. Wiem że nie mogę ulegać podszeptom, jak przejdę do marszu, to mogę już więcej nie pobiec. Mijają kolejne kilometry. 30-sty kilometr  za mną. Ściana. Mijam kolejnych żołnierzy, których ta przypadłość trafiła mocniej niż mnie. Czy chcę, czy nie, co każdy kilometr pociągam ustami rurkę camela, muszę! Jak nie, to całkowicie zamarznie i wtedy zaczną się moje problemy. Będę mógł pomarzyć o napoju. 35-ty kilometr , znów rozwiązuje mi się but. Tym razem tylko jeden. Na moment przystaję i znów bieg. Plecak ciąży, mięśnie bolą. Staram się o nich nie myśleć. 38-smy kilometr , ledwo unoszę w biegu stopy. Potykam się, w rozpędzie kontroluję upadek. Tylko nie na dłonie, może być ramię i bark. Udało się, boli nieco. Zbieram się błyskawicznie. Pobieżna ocena, poza nieco wybrudzonym mundurem, wszystko ok. Dobieg do Kokotka, droga wzdłuż zbiornika wodnego. Wiem że to zbliża się ten moment, gdy moje nogi nie będą musiały biec. Ponownie widzę Marylkę. Zbliżam się do niej z każdą sekundą, z każdym pokonanym metrem. Coś krzyczy, że rewelacyjny czas, że wszystko cudownie. Dostaję skrzydeł. Już tylko 400 m. Tylko 100m. No i jest cholera. Podbieg do mety. Niewielkie zbocze, niby nic, lecz po przebiegnięciu 42 km ,jawi się niczym Mount Everest. W końcu ostatnia prosta. Przekraczam linię mety
 
              Za każdym razem to samo, cudowne, błogie uczucie, że to już koniec, że można stanąć.
 
 
 Pytam obsługę czasu o wynik : 4h 14 min. Może być. Trzydzieste ósme miejsce open. Za mną biegnie jeszcze blisko czterystu wysportowanych młodzieńców i dziewczyn. Idę do samochodu po torbę z rzeczami i udaję się do Silesiany. Mam obiecany natrysk w pokoju Sławka i Pawła. Paweł już jest, piękny wynik 4 h 11 min. Rozbieram przepocony mundur, starannie go składam… zasłużył na to. Wchodzę pod natrysk, odkręcam kurek z ciepłą wodę. Słyszę tylko bulgot, dobiegający z rury i nic poza tym. Delikatnie odkręcam drugi kurek. Zaczyna lecieć woda, tyle że jest ona przeraźliwie zimna. Ja przemarznięty. Woda lodowata, cóż zrobić? . Powoli polewam ciało wodą. Aj! brrr… następnie żel. W końcu się spłukuję. Wzięcie tej kąpieli było z mojej strony aktem najwyższej odwagi i determinacji. Porównywalnym z nieco wcześniej ukończonym maratonem. Po chwili wchodzi Sławek , szczęśliwy że załapał się do pierwszej setki ( 4 h 38 min ). Widzi że z natryskiem nie przelewki. Po chwili obserwuję go, jak z namaszczeniem gotuje wodę w czajniku. Następnie przelewa ją do dużej butli i tak kilkukrotnie, tak by uzyskać zapas ciepłej wody, wystarczający do kąpieli w cywilizowanych warunkach. Odświeżony, przebrany schodzę do sali restauracyjnej. Po chwili spożywam obiad w towarzystwie Marylki i jej nowej koleżanki. Jest na razie luźno. Nieliczni uczestnicy, którzy już skończyli maraton pojawiają się na posiłku. Z czasem robi się gwarniej i tłoczniej. Około 16:00 przechodzimy na salę gimnastyczną, gdzie z namaszczeniem, godnym rozdania Oscarów, jest celebrowana ceremonia rozdania nagród i zakończenia maratonu. Drużynowo zajęliśmy ósmą lokatę co przy czterdziestu startujących zespołach jest miłym osiągnięciem.
 
 
Z
Dowiaduję się jednocześnie, iż zajęłem drugie miejsce w kategorii żołnierzy rezerwy ZSW i NSR.
 
 
Pomału dociera do mnie fakt, że maraton ukończony przeze mnie w czasie 4:14 to jest coś ! Pojawiłem się w czołówce biegu. Zostawiłem za sobą 400 ( z pośród 438 zawodników, którzy stanęli do rywalizacji ) żołnierzy zawodowych  wojska Polskiego i innych służb mundurowych, młodych i wysportowanych. Ja mizerny truchtacz kategorii M-50,pokazałem im swoje plecy. Żona jakoś z podziwem na mnie patrzy, jakoś przez ten dzień nabrałem wartości ? Może odmłodniałem ? Pomału na nas czas.  Zbieramy się. Przed nami prawie 400 km i obiecany wypoczynek w górach Izerskich. Tam w ciszy i spokoju można jeszcze raz przeżywać tegoroczne starty biegowe, łącznie z ostatnim maratonem. W poczuciu udanego sezonu biegowego odpoczywać i regenerować siły przed świętami Bożego Narodzenia…

 



Naszą stronę odwiedziło już
3881826 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas