Menu

Artykuły


 

Dolnośąski Festiwal Biegów Górskich 2014

 

 

 

Bieg 7 Szczytów, nie mogę uwierzyć, że się udało.

Kiedy w ubiegłym roku, uruchomili zapisy na Bieg 7 Szczytów, puściłem na facebooka, krótką informację, że może kiedyś spróbuję. Dystans 240km i to po górach, wydawał mi się wówczas tak abstrakcyjny, że pomimo jakiegoś tam już doświadczenia z ultrasami (liznąłem ich przecież kilka) sama myśl napawała mnie grozą.
 
(ubiegłoroczna trasa i jej profil)
 
 
Sześć maratonów pod rząd, ciurkiem bez odpoczynku. Jak to ugryźć? Cały czas się zastanawiałem. Wówczas przed sobą miałem inne wyzwanie, start w UTMB i myśli o pokonaniu 168km, w trudnym alpejskim terenie, wystarczająco już męczyły moją głowę.
 
Minął rok, ukończyłem z powodzeniem UTMB i po nim przyszła jakaś taka pustka. Straciłem, motywację i ochotę do biegania. Chyba, tak to już jest, jak spełni się jakieś marzenie, to trzeba mieć w zanadrzu kolejny cel, aby podtrzymywać niezmienną radość życia, w oczekiwaniu na nowe ekscytujące doświadczenia. Wówczas przypomniałem sobie o Biegu 7 Szczytów. Zapisy już trwały, ale na szczęście limit zawodników nie został jeszcze wyczerpany.
Krótszą, 110 km cześć trasy już znałem, ponieważ podczas przygotowań do UTMB 2013, wystartowałem w Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich, w biegu K-B-L (Kudowa – Bardo – Lądek Zdrój), który ukończyłem nawet z przyzwoitym wynikiem. Pozostał mi w takim razie nieznany, jeszcze odcinek nazwany przez organizatorów Super Trail (130km), który zamykał pętlę z Lądka do Lądka.
 
Przygotowania czas więc zacząć!
 
Na pierwszy ogień poszedł maraton w Łodzi, zakończony życiówką (niestety, nie do końca jednak taką jaką sobie wymarzyłem), potem kolejno był GWINT ultra cross, Biel 100km i Sudecka Setka oraz kilka maratonów bieganych treningowo
 
I wreszcie nadeszła chwila prawdy. Mocną trzy osobową ekipą Waldek, Mariusz i ja ruszyliśmy z samego rana 17 lipca na podbój Lądka. Na miejscu dołączyli do nas Wiesiu, Łukasz oraz Artur. Przygoda zaczynała nabierać rumieńców. Po początkowych kłopotach logistycznych związanych z poszukiwaniami miejsca na nocleg, rozpoczęliśmy przygotowania do biegu.
 
     
 
 
Zapowiadał się upał, więc zapas ciepłych ciuchów, już na wstępie odrzuciłem jako zbędny element bagażu. Zostały więc tylko lekkie ciuszki, 2 czołówki, zapas baterii, apteczka z folią NRC, kasa oraz dowód osobisty. Na wszelki wypadek zabrałem też ze sobą cienką folię przeciwdeszczową w razie nawałnicy. Resztę bagażu stanowiły artykuły spożywczo-odżywcze oraz pełny camelbag wody. Nieodzowną część ekwipunku stanowiły również kije trekingowe. Jedyny element wyposażenia, którego mi zabrakło, a przydałby się i to bardzo, został w domu. Były nim stuptuty (ile to razy wyciągałem kamień czy gałązkę z buta już chyba nie zliczę). Na przepaki, zapakowałem buty na zmianę i koszulkę na drugą część trasy. Tak wyekwipowany stawiłem się na starcie.
 
  
 
 
Plan był następujący zaczynam bardzo spokojnie, aż do Kudowy, (dystans Super Trail) przebiegam dużo poniżej moich możliwości na 100-kę. Następnie zaczynam przyspieszać do prędkości dającej szanse na przetrwanie reszty dystansu, ot i tyle.
 
Tuż przed startem nad Lądek nadciągnęła, krótkotrwała burza odchodząc tak szybko jak się pojawiła. Lekko zwilżeni stanęliśmy na starcie. Łącznie 130 osób – 100 na B7S i 31 na Super Trail. Ostatnie poprawki plecaków, butów, kopy w dupsko na szczęście, końcowe odliczanie i ruszamy, jest punkt 18-ta czwartek 17 lipca. Waldek i Mariusz starzy wyjadacze, mający już za sobą poprzednią edycję wysforowali się do przodu. Ja asekurant, wraz z Wiesiem i Arturem (ultrasowym debiutantem) plasujemy się gdzieś w ogonie stawki
 
Zasada, powoli acz skutecznie, będzie mi przyświecała aż do Kudowy. Na początek ostre podejście na Trojak. Ze spokojem, bez szarpania rozgrzewamy się. Na początku rozmowy, takie o życiu i śmierci, trochę przechwałek, gdzie się to nie biegało i takie tam. Trzeba przecież jakoś oswoić ten dystans. Nawet się nie spostrzegłem jak szybko osiągnęliśmy przełęcz Gierłatowską. 10 km przemknęło nam jak z bicza strzelił. Na punkcie osiągnęliśmy przewagę czasową do limitu blisko 2:30 min. No tak, pomyślałem, co to jest dyszka, nawet nie 1/10 trasy, cały czas trapiła mnie myśl czy wytrzymam. Powoli zapadał mrok. Kiedy po raz drugi potknąłem się o wystający korzeń, stwierdziłem, że czas na czołówki. I nie byłem w tym osamotniony, raz po raz ktoś przystawał i odpalał swoje źródło światła. Od teraz trzeba było się mocno skupić. Ciemny las na zboczu góry, wspinaczka i zbiegi po wąskiej ścieżce srodze najeżonej kamieniami i korzeniami, mocno mogą dać się we znaki. Każdy krok trzeba uważnie mierzyć i stawiać na pewnym podłożu
 
Czuję, że tempo naszej trójki, tnz. Artura, Wiesia i moje zaczyna spadać. Co rusz Artur monitoruje tętno i stwierdza, że poruszamy się dla niego zbyt szybko i jak tak dalej poleci nie będzie miał szans na ukończenie biegu. Decyduje się dalej walczyć sam. Odrywamy się z Wiesiem powoli zwiększając dystans. Zanim się rozstaliśmy Wiesiu, udzielił Arturowi jeszcze kilku praktycznych porad oraz motywował, żeby nie rezygnował zbyt wcześnie.
 
Kolejny punkt programu to przełęcz Płoszyna. Nie upłynęła nawet godzina, a nasz duet z powrotem rozrósł się do trio. Tempo, którym podążaliśmy okazało się idealne dla Beaty, która wystartowała na dystansie Super Traila. Przy miłej pogawędce, czasami moim monologu, nawet nie zauważyliśmy jak znaleźliśmy się na kolejnym punkcie odżywczym. Wyglądał mi bardzo znajomo, jak się okazało, zaledwie dwa tygodnie wcześniej razem z Wiesiem, byliśmy tutaj robiąc trening górski. Wówczas na przełęcz, podobnie jak teraz posłużyła nam jako miejsce na, krótki popas, przed drogą powrotną do Kletna, gdzie mieliśmy bazę. Stąd też rozpoczynało się mozolne podejście na Śnieżnik, najwyższy punkt całej trasy.
 
 
Koło 50-tego kilometra, z nie do końca wiadomej przyczyny, u Wiesia zaczął rozwijać się kryzys. Pomimo narastającej niemocy, jednak dzielnie parł do przodu. Czasami tak jest, że sprzysięga się przeciwko nam, wiele czynników powodujących spadek mocy. Pomimo dobrego przygotowania, pozytywnego nastawienia, organizm się buntuje i hamuje nas w realizacji założonego celu. Przy schronisku pod Śnieżnikiem, widząc rozwój wypadków i analizując swoje obecne możliwości, Wiesiu stwierdził, że nie będzie mnie opóźniał. I tak znowu biegliśmy w duecie, tym razem z Beatą. Kolejny popas Międzygórze, stacja GOPR, szybkie uzupełnienie cameli i do przodu. Zazwyczaj na biegach mam mocno ściśnięty żołądek i muszę się ograniczać w jedzeniu wyłącznie do słodkości, ale tym razem było inaczej. Na skutek niskiej intensywności wysiłku, mogłem sobie pozwolić na luksus zajadania się wszystkimi smakołykami jakie dostępne były na punktach. A menu było całkiem spore, żółty serek w kostkę krojony, szyneczka, kabanosy, orzeszki ziemne, czy buliony. Po prostu rewelacja! Pomiędzy Międzygórzem, a Długopolem wspinamy się na Marię Śnieżną. Na dobry początek, jakby to powiedzieć, słowami słynnej piosenki z filmu lata 20, lata 30-te „Schody, schody, schody….” I tych schodów cała masa, aż do wodospadu w Międzygórzu, daje się nam we znaki. Potem pod górkę w lesie i nareszcie Maria.
 
Pierwszy raz na Marii Śnieżnej byłem z Lidką i Leszkiem, kolegami klubowymi. Podziwialiśmy wtedy, razem przepiękną panoramę okolic z miejsca przy kościele. Niestety pomimo, że bardzo chciałem pokazać Beacie ten widoczek, zamknięta na głucho furta wejściowa na przykościelny teren, skutecznie mi to uniemożliwiła. Zresztą trudno się dziwić, byliśmy tam jakoś o 3-ciej nad ranem. Do kolejnego punktu kontrolnego, właściwie tylko zbiegaliśmy lub przemieszczaliśmy się po łatwym płaskim terenie. Powoli nastawał ranek. Na przepaku w Długopolu miałem przygotowaną bluzę termoaktywną, której w zasadzie już nie potrzebowałem. Szykowana była na chłodną noc, która jak się okazało była ciepła i właściwie się już kończyła. Więc co nam zostało, to zjeść po drożdżówce, dopełnić wodę i w drogę. Co mnie jednak mocno zaintrygowało, na tym punkcie, to, to, że jedna para tnz. facet z babką, zawodnicy nota-bene, mieli prywatną sesję filmową. Czemu i do jakich celów miało służyć filmowanie konsumpcji prowiantu, przez tą parkę nie za bardzo wiem? Ale to już nie moja sprawa, wyglądało to jednak dość ekscentrycznie, przynajmniej z mojego punktu widzenia.
 
Dzień na dobre się już rozbujał, rtęć w termometrach zaczynała powoli szturmować coraz to wyższe poziomy kresek, a nam sukcesywnie ubywało kilometrów do mety, zarówno tej zlokalizowanej w Kudowie jak i tej w Lądku. Pierwsza noc za mną, bez zmrużenia oka, okazała się łaskawa dla mojej psyche. Na razie szło dobrze, aż za dobrze. Schronisko Jagodna przyjęło nas czym chata bogata. Wolontariusze prześcigali się, aby nam dogodzić gastronomicznie. To pierogi z jagodami, to rosołek, oferowali też kawę, herbatę, arbuzy i co tam jeszcze… Ale się opchałem, aż szkoda było ruszać w dalszą drogę. Kolejny cel stanowiła Masarykowa Chata – schronisko zlokalizowane na setnym kilometrze trasy, po czeskiej stronie pogórza Orlickiego.
 
Słońce zaczęło już osiągać pełną moc grzewczą, a każdy napotkany strumyczek stawał się naszym zbawieniem. Myśleliśmy tylko o tym, żeby zmoczyć czapkę, lub buff, dając choć chwilę wytchnienia rozpalonej głowie. Wspinaczka szła nam coraz oporniej. Na zbiegach jakoś jeszcze szło. W miejscowości Orlickie Zahori, spotkaliśmy grupę czeskiej młodzieży wraz z trenerem, szykującą się do jazdy na nartorolkach, wtedy ani przez myśl by mi nie przeszło, że jeszcze dostarczą nam dużej dawki adrenaliny. Rozpoczynaliśmy mozolny marsz na Velką Destne. Wszystko by było ok., gdyby nie to, że cały grzbiet tej góry jest łysy, tnz. ma wygoloną głowę, jak jakiś żart fryzjerki, która wyjechała maszynką włosy przez środek do gołej skóry, tak przez środek zalesionego grzbietu biegła droga. Istna patelnia. Gdzieś około 4 km od Masarykowej Chaty, na skrzyżowaniu szlaków dostrzegamy dziwny ruch.
 
 
Chłopak na oko jakieś 17 lat, ubrany w same spodenki biegowe panicznie kręci się wokół leżącej postaci, nad którą pochyla się już któryś z zawodników naszego biegu. Przyspieszamy żeby zorientować się co się dzieje. Nie jest dobrze. Na rozdrożu, w pełnym słońcu leży dziewczyna w wieku podobnym do spanikowanego młodzieńca. Ma drgawki, jest rozpalona i traci świadomość. To są ci sami Czesi, którzy przyjechali na trening nartorolkowy. Zebrała się już nas piątka biegaczy, decyzje zapadają błyskawicznie. Zarządza pierwszy, który dotarł do poszkodowanej, okazuje się że jest lekarzem i ma doświadczenie w ratownictwie medycznym. Objawy wskazują na udar termiczny. W pierwszej kolejności schładzamy jej ciało polewając wodą z camelbagów i schładzamy wewnętrznie podając jej wodę do picia małymi porcjami. Następnie owijamy ją folią NRC i kładziemy w cieniu na chłodnej trawie, nie zaprzestając nawadniania. Jeden z nas od początku akcji stara się skontaktować, ze służbami medycznymi, niestety bezskutecznie. Miejsce w którym byliśmy pozbawione było jakiegokolwiek zasięgu sieci komórkowej. W między czasie wysłaliśmy chłopaka, który jej towarzyszył po pomoc. Po około 10 minutach akcji, Marketa odzyskuje w pełni świadomość nareszcie jest z nią kontakt. Cierpliwie czekamy jeszcze jakieś 20 minut, po których pojawia się bus z trenerem.
 
Tym razem wszystko zakończyło się pomyślnie, aż strach pomyśleć, gdyby do zdarzenia doszło w bardziej odludnym miejscu. Straciliśmy 30 min., ale jakie to ma znaczenie w obliczu tego co się wydarzyło. Do Masarykowej Chaty zostaje nam około 35 min. drogi. Adrenalina robi swoje, nawet się nie spostrzegamy, jak rozmawiając o całym zajściu, docieramy na punkt. Łyk czeskiego piwa, plus resztki gastronomii ze spustoszonego przez poprzedników punktu muszą nam starczyć na kolejny odcinek. Jamrozowa Polana oddalona jest zaledwie o 12 km. Upał doskwiera nam strasznie, a zużycie wody rośnie u mnie w niesamowitym tempie. I tylko asfalt, asfalt, asfalt… można by zaśpiewać, aż do granicy z Polską. Gdybym to wiedział wcześniej, trochę inaczej ustawiłbym strategię zmiany butów i w Długopolu zostawiałbym na przepaku szosówki, a tak zmuszony zostałem do asfaltowej męczarni w trailach, ale każde doświadczenie czegoś uczy.
 
Jamrozowa Polana przywitała nas, arbuzami, bananami i kabanosami. Największą radość sprawił mi jednak widok polowego prysznica, z którego nie omieszkałem skorzystać. Oporządzeni, dobrze nawodnieni i ociekający wodą ruszamy z Beatą do mety w Kudowie, a czas nagli, bo tuż za nami na punkcie pojawiła się kolejna zawodniczka. Okazało się, że Beatka zajmuje 3-cią pozycję w klasyfikacji open kobiet i mocno zaczęło mi to pachnieć rywalizacją. Nie myliłem się, ale o tym przekonaliśmy się dopiero za linią mety. Przeczucie miałem jednak dobre i zwiększyłem tempo pokonywania ostatniego odcinka. Łatwo nie było, szczególnie mojej nowej koleżance, wyraźnie spłycił się jej oddech, ale nie dawała po sobie poznać oznak narastającego gwałtownie zmęczenia. Poruszaliśmy się początkowo w 4 osobowej grupie, która stopniała do Kudowy zaledwie do naszego podstawowego duetu tnz. Beaty i mnie. Te 18 km, głównie w otwartym terenie przy w pełni grzejącej „żarówce”, dało nam mocno popalić. Wreszcie Kudowa, masa gapiów szczególnie w Parku Zdrojowym, bo kibicami ich nazwać nie sposób, patrzyła na nas jak na małpki w zoo. Ale chyba coś w tym jest, bo to nie jest normalne, aby biegać powyżej 100 km, jednorazowo. Ale czy, ktoś mówił, że my jesteśmy normali?
 
A czemu się nie myliłem w sprawie rywalizacji, a to dlatego, że zawodniczka, którą widzieliśmy wchodzącą na Jamrozową Polanę przybiegła zaledwie po kilku minutach od momentu osiągnięcia przez nas linii mety.  Składam gratulacje Beatce za niesamowity wyczyn i żegnamy się serdecznie, ponieważ czas nagli.
Decyzja zapadła, kontynuuję bieg, jest godzina 18:15, do startu K-B-L’a, który będzie mi deptał po piętach pozostało 1h i 45 minut. A wiec do dzieła. Założenie:przebyć pierwszy odcinek od Kudowy, do schroniska Pasterka, zanim dotrą do niego pierwsi zawodnicy Kabla. Najpierw góra Parkowa i dalej wspinaczka. Po drodze poznaję Leszka, bardzo spokojnie i rozsądnie podchodzi biegu. Zachować 2 godzinną rezerwę czasową, a to co uda się wypracować na zapas przeznaczyć na wypoczynek. Bardzo spodobała mi się ta strategia. Od tego momentu razem przemierzamy szlak B7S. Powoli zapada zmrok, to już druga nocka, Schronisko Pasterka wita nas w zasadzie o ciemku. Dostajemy wreszcie normalny tnz. ciepły posiłek, zupę warzywną i makaron z sosem pieczarkowym. Po krótkiej wzajemnej konsultacji postanawiamy się zdrzemnąć 20 minut. Wolontariusze udostępniają nam pokój w schronisku, kurcze pomyślałem sobie co za luksus… 20 minut mija jak pstryknięcie palcami, ubieramy znowu buty, plecaki i dalej do boju. Tym razem zdobywamy Szczeliniec. Do przejścia mamy zaledwie 3 km, ale za to jakie.
 
Trza się solidnie napracować pod górę żółtym szlakiem. Pierwsze 500 m, po wyjściu ze schroniska było tragiczne, dawno nie targały mną takie dreszcze. Na szczęście nie trwało to za długo. Podejście rozgrzało mnie do „czerwoności”. Do bufetu na Szczelińcu, dotarliśmy z potężnym zapasem czasu. Nagle, ktoś znajomy mnie zaczepia, to Justyna. Byłem przekonany, że startuje dopiero jutro w maratonie, a tu taka niespodzianka. Prosi obsługę o wodę do umycia i wtedy spostrzegam, że ma obydwa kolana stłuczone. Potknięcie na drewnianym mostku skończyło się dla niej upadkiem. Ze Szczelińca wyruszamy razem. Robię za przewodnika po labiryncie, a znam go dosyć dobrze, bo kilka razy już go pokonywałem. Przy okazji poznaję męża Bety, który wystartował razem z Justyną w Kablu. Nie wspominałem jeszcze, że oboje są organizatorami wspaniałej imprezy biegowej o nazwie GWINT utra cross, w której miałem zaszczyt uczestniczyć. Co by nie mówić, przygotowanej perfekcyjnie. Ale to temat na inną opowiastkę. Wychodząc, z labiryntu skalnego, Szczelińca Justyna, proponuje, że pobiegnie z nami. Nie wzięła jednak pod uwagę, że różni nas i to znacznie ilość pokonanej trasy i pomimo całej mojej dobrej chęci, nie będę w stanie sprostać jej tempu. Przekonuje się o tym zresztą błyskawicznie i rozstajemy się, życząc sobie wzajemnie powodzenia. To rozstanie okazało się jednak trochę przedwczesne, bo wspólnie gubimy trasę i dobrą chwilę zajmuje nam jej odnalezienie. Zamieszanie, tym wywołane dotyczyło zresztą, sporej grupy zawodników i w tym wszystkim, zgubiłem swego nowego partnera Leszka. Znowu byłem sam w środku lasu buuuuuu…..
 
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na zbiegach mocno przyspieszałem, na płaskim i pod górkę uprawiałem intensywny Nordic Walking, aż dopadł mnie kryzys, nie, nie ten fizyczny, ale najgorszy z możliwych psychiczny. Byłem zrezygnowany i senny do granic możliwości, najchętniej położyłbym się w rowie, tylko myśl o obłażącym mnie robactwie odwodziła mnie od tej pokusy. Odcinek  ze Szczelińca do Ścinawki Średniej liczył sobie 22 km, jak na ilość "kaemów" już wkręconą na mój licznik, jednorazowe przebycie tego dystansu wydało mi się niemożliwe. No i nadarzyła się okazja. Stojący samotnie w lesie szałas dla turystów. No to myk do środka. Plecak pod głowę i 20 minut drzemki. Pomogło, choć nie na długo, ale wystarczyło do Ścinawki na której skraju ustawiony był punkt żywieniowy. Tam wolontariusze mieli rozbity namiot, taką małą 2-jkę. Zapytałem czy mogę skorzystać, nie mieli nic przeciwko. Wczołgałem się więc do środka i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki już mnie nie było. Kolejne 20 minut przyjemnego niebytu i znowu delirka na rozruchu uchhhh…
 
Teraz już do Barda, no nie do końca, najpierw przełęcz Wilcza. Wychodząc, ze Ścinawki powoli nastawał kolejny ranek. Słońce delikatnie zaczęło lizać jasną poświatą niezbyt odległe wzgórza, a ja zapragnąłem Coli, o jak bardzo pragnąłem, ile bym teraz dał, aby znaleźć sklep w którym mógłbym ją kupić. Właśnie wchodziłem do miejscowości Słupiec, tyle że dochodziła 5-ta i realizacja mojej zachcianki, pozostawała raczej w sferze marzeń. Aż tu nagle patrzę na chodniku przy sklepie przekomarza się babka z facetem. On do niej w takie słowa „Po co ty otwierasz tak wcześnie, przecież i tak nikt nie przychodzi kupować o tej porze”, na co ona widząc moją osobę stwierdziła „O popatrz muszę iść bo pan biegacz chce coś kupić”. Nawet nie miałem siły się uśmiechnąć, kolejna fala zmęczenia powoli zaczęła narastać. Okazało się że dodatkowo mam farta, bo Cola była w promce, praktycznie za połowę ceny. No i jak za połowę, to od razu przy tej ladzie skonsumowałem jej połowę. Nie pomogło. Chęć zawinięcia się w koc termiczny i położenia na miejskim skwerku, była tak przemożna, że ostatkiem sił walczyłem, aby wyjść za miasteczko i na jakiejś łące w spokoju pokimać. Musiałem to zrobić, bo jak ktoś na tym skwerku by mnie znalazł to pewnikiem jako chorego do szpitala by odtransportował. Powoli zaczynała działać Cola.
 
Znużenie nieco minęło, za to cały czas miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. W pewnym momencie idąc skrajem wyrobiska w oddali widzę górkę, z której wynurza się fantastyczna rzeźba faceta w płaszczu, który bacznie mi się przygląda. Patrzę na tą górkę, pod różnymi kątami, a efekt ten sam. Facet nadal patrzy. Sfiksowałem pomyślałem, co się dzieje. To chyba zmęczenie. Podobne obrazki widywałem już na Blancu. Nie uszedłem może, z 500 m, a za ogrodzeniem jakieś 30 m ode mnie, skacze chorda potężnych psów, ale dziwna rzecz nie słyszę ich szczekania. Obracam się nie ma ich tam, ponownie się odwracam są. Co u licha, znowu omamy. Zaczynam śnić na jawie. Ścieżka się zwęża, wchodzi do lasu i stwierdzam, że ktoś w debilny sposób zaparkował forda Transita. Podchodzę bliżej to krzaki. Jestem więc już pewien. Wszystko, co wcześniej widziałem to majaki. Stwierdzam, że chyba czas przyspieszyć, może tak pozbędę się tego natręctwa. Bingo podziałało.
 
 
Reszta trasy do Wilczej przełęczy odbyła się bez przygód. Do Barda został „żabi skok” 12 km, zrobiłem go koleżeńsko, we trójkę, ale tym razem nie z wyimaginowanymi, lecz rzeczywistymi zawodnikami. Bardo przywitało nas smacznym posiłkiem, bogracz, do tego kawa i kęs Powerbara (ale to już z moich zapasów). Następnie zmiana koszulki, na klubową Maraton Leszno. W końcu na mecie trzeba się zaprezentować. Na nogi szosówki i do przodu. Podejście z Barda drogą krzyżową, (to nie eufemizm) na szczyt Kalwarii Bardzkiej, nawet nie wydał się nam zbyt trudny. Po drodze spotkaliśmy miejscowego „górala”, który zaoferował, że pokaże skrót do Lądka. Spojrzałem na niego trochę dziwnym wzrokiem i zapytałem jaką miałbym z tego tytułu osiągnąć korzyść? Czy walczyłem o zwycięstwo w tych zawodach? Czy może starłem się udowodnić, tylko i wyłącznie sobie, że potrafię pokonać trasę 240 km. Odpowiedź była jednoznaczna brzydzę się oszustwem. Zbieg z Kalwarii rozdzielił naszą trójkę. Jeden z kolegów mocno narzekał już od dłuższego czasu na kolano, więc poratowałem go tabletką przeciwbólową i pobiegłem swoim tempem, życząc mu powodzenia. W tym czasie drugi z kolegów zdążył się już zniknąć za kolejnym zakrętem, to w końcu zawody J. Dobiegając Przełęczy Kłodzkiej, trapiło mnie jedno pytanie? Czy w szosówkach zdołam zejść bez upadku po stromym 400 m zboczu, bezpośrednio zlokalizowanym przy punkcie żywieniowym. Nie zdołałem, najbardziej ucierpiał łokieć i kolano.
 
 
Na szczęście goprowcy, szybko doprowadzili mnie do stanu używalności i po uzupełnieniu zapasów wody oraz prowiantu niezwłocznie ruszyłem w trasę, tym razem już do ostatniej „stacji paśnikowej” przed metą. W między czasie dogoniłem jednego z biegaczy K-B-L’a, Tomka, dla którego był to debiut na tym dystansie. „Zapach” mety, był już niemal wyczuwalny. Ostatni punkt nawadniający, pojawił się błyskawicznie. Razem z Tomkiem, napędzaliśmy się do coraz szybszego biegu, aby skrócić męki upału i wkręconych na licznik kilometrów. Zgodnie z maksymą Wiesława P.: „im szybciej biegniesz, tym krócej się męczysz”. Przynajmniej tak się nam zdawało, dopóki nie zaczęli nas wyprzedzać zawodnicy Złotego Maratonu. Oni to dopiero za…….li. Z jednym przez chwilę, udało nam się nawet porozmawiać. Jak się okazało, kolega po fachu Tomka, oboje fizjoterapeuci. Więc jak podjęli temat, to tylko zostałem biernym słuchaczem. Na 3 km przed metą, maratończyk popędził do przodu, a my z niezmienną „oooogromną” prędkością jak na nasze tamtejsze możliwości, skracaliśmy dystans do mety. Tuż przed nią Tomek wyciągnął kamerkę i nagrał nasz finisz. Oj było to wspaniałe uczucie. No nie nakręcanie filmu, rzecz jasna, takiego parcia na szkło to ja nie mam, tylko sam wbieg na metę. Niesamowity doping, gratulacje naszej ekipy BEZCENNE.
 
(Mariusz na mecie)
 
(Tomek i ja)
 
(i najważniejsze foto - pamiątki :-D)
 
I tu w zasadzie można by zakończyć, gdyby nie drobny zgrzyt organizatorski. Chcę wziąć prysznic, a tu pan mnie tłumaczy, że basen dla biegaczy, a w szczegółach prysznice są już niedostępne. Jak to? Przecież zmieściłem się w limicie, co więcej, do zamknięcia mety zostało jeszcze ponad 5 godzin. Tłumaczę mu, że od dwóch dni jestem w trasie, a ja nawet z głupiego natrysku nie mogę skorzystać? Zasłonił się przepisem. Zero ludzkich odruchów. Cóż mi pozostało? Strumień na Stawach Biskupich. Nie było to złe rozwiązanie, bo przynajmniej krioterapię sobie zrobiłem, ale niesmak pozostał. A i jeszcze jedno, o kamizelkę finiszera, też musiałem się wypraszać, choć należała mi się jak psu micha, (jak to Waldek zwykł mawiać) zgodnie z regulaminem. Cóż świat i ludzie nie jest idealny, ale do ideału należy dążyć.

 
Korzystając z okazji, pragnę podziękować wszystkim dopingującym mi osobom. Wiem, że śledziliście, nasze postępy na facebooku oraz on-line na stronie dfbg.pl. Wasze wsparcie na bieżąco, otrzymywałem w smsach od Ewy. Jesteście wspaniali. Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI !!!
 
Dziękuję też, za wspaniałe towarzystwo, na trasie w szczególności Arturowi, Wiesiowi, Beatce (gratuluję jeszcze raz III-ca w open kobiet w Super Trailu), a także Leszkowi i Tomkowi.
 
Szczególne podziękowania dedykuję mojej żonie Ewie, która cały czas dbała o mnie mentalnie wspierając na trasie smsami.
 
Z tego miejsca chciałbym, także pogratulować również wszystkim startującym leszczyniakom:
 
Justynie Grzelak za zajęcie III miejsca w kategorii open kobiet w biegu K-B-L, Łukaszowi Złotkowskiemu, IV miejsca w biegu Super Trail, Mariuszowi (Lokowatemu) Błachowiakowi, 11-lokaty w Biegu 7 Szczytów, Danielowi Grzelakowi 125 pozycji w Złotym Maratonie oraz Waldkowi Binkowskiemu, który pomimo dość poważnej kontuzji, ukończył dystans Super Trail’a, a także Wiesiowi Kamińskiemu, któremu kryzys mocy pozwolił na przebycie jedynie, albo aż odcinek 112 km do Jamrozowej Polany. Słowa uznania należą się również Adrianowi Kasprzykowi, który dotarł do mety Złotego Maratonu, co prawda po limicie czasowym, ale wynikało to z pomyłki na trasie i nadłożeniu kilku dodatkowych kilometrów oraz Arturowi Olichwerowi, który podjął się próby biegu na tak morderczym dystansie jakim jest 240 km w warunkach górskich.
 
P.S.
Waldku, wiem że gryzie cię ta „porażka”, choć wcale nie uważam, że coś przegrałeś. Wręcz przeciwnie uważam, że wygrałeś zdrowie i możliwość kolejnego startu w tej niesamowitej imprezie. Umiejętność podjęcia dobrej decyzji to wielka sztuka, a ty ją posiadłeś.
 
Do Waldka i Mariusza: wyjazd z wami panowie to była sama przyjemność, dziękuję serdecznie Waldkowi za bezpieczny transport oraz Mariowi za schronienie.
 
P. Murawski



Naszą stronę odwiedziło już
3881815 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas