Menu

Artykuły


 

Maraton Gór Stołowych 2014 - w realcji kolegi Waldka Binkowskiego

 

 

 

  


A miało być tak fajnie : Supermaraton Gór Stołowych 2014

Natrętny dźwięk budzika. Pierwsza myśl: zamordować drania, albo co najmniej mu przywalić, najwyżej pójdę siedzieć, druga myśl: wyłączyć. Po sekundzie mózg przestaje kierować się emocjami, górę bierze rozsądek. Tak, to ten dzień: 5-go lipca 2014, długo czekałem wręcz, z utęsknieniem, lecz teraz to oczekiwanie jakby mniej radosne (godzina 3:00 nad ranem). Szybko dochodzę do siebie, odruchy wyćwiczone wielokrotnie, do tego stopnia, że nie czas przepychanki się z własnymi myślami: jechać, nie jechać. Błyskawiczna toaleta, wczesne śniadanie, przeplatane lekturą wcześniej przygotowanej check listy: jest, jest, jest…., buty na dole, jest…  Wychodzę z domu, świt, zapowiada się piękny dzień. Samochód czeka, bagaże zapakowane, nadjeżdża Monika. Przekładamy bagaże z jej samochodu do mojego i w drogę….. po  Alicję..…Marka….. Pawła … Łukasza. Na razie wszystko pod kontrolą. Około 4:30, gdy już więcej dnia niż nocy, migają nam ostatnie zabudowania Leszna, a my kierujemy się na południe. Droga mija szybko i przyjemnie. Zrazu wszyscy mają coś do powiedzenia, bo jakby nie patrzeć, nie na co dzień się widzimy. W pewnej chwili jednak gwar w samochodzie ucicha, prawie wszyscy zasypiają (w sumie wstaliśmy ok. 3:00), jedynie ja, jako kierowca nie mogę sobie pozwolić na ten luksus. Obok mnie przysiadła Alicja i czy chce, czy nie to na niej skupiła się moja uwaga. Rozmawiamy o wszystkim i niczym od zawodów, w których braliśmy udział, poprzez plany wakacyjne, na psich charakterkach skończywszy. Błyskawicznie mijamy Wrocław, by dalej zmierzać w kierunku rysujących się na południu gór. Z lewej strony mijamy Ślężę, u podnóża której zasadziła się Sobótka. U wielu z nas jej bliskość przywołuje co cieplejsze wspomnienia… Krótka wizyta na najbliższej stacji benzynowej, nie aby zatankować paliwo, lecz by wielu z nas, ulżyć w trudach podróży.

Dzwonię przy okazji do Karola, wszak za pół godziny start Transjury, ostatnie uwagi, pozdrowienia od wszystkich i Karol punktualnie o 7:00 rusza w ponad 100 km bieg na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Do nas z każdą minutą przybliża się cel naszej podróży: Karłów. Miejscowość w centrum gór Stołowych, otoczona zewsząd malowniczymi świerkowymi lasami.

Punkt 7:30 stajemy na parkingu i tu nagle, jakby ktoś wsadził kij w mrowisko. Szybko i sprawnie musimy się przygotować do dzisiejszego wyzwania: Supermaratonu Gór Stołowych na dystansie 50 km. Każdy z nas okupuje jakiś fragment trawnika lub wnętrza samochodu, by móc się sprawnie przebrać i przygotować przepaki na metę. Około 8:00 zgodnie ruszamy pieszo w kierunku Pasterki, wsi leżącej na końcu świata (czyli ok. 2 km od naszego parkingu). Z uwagi na organizowany Supermaraton jedyny dojazd do tej miejscowości został dziś zamknięty. Co nam 2 km spacerku w stosunku do czekającego na nas 50 km biegu po górach, a ranek jest dziś taki piękny. Wychodząc z parkingu natykam się na Remika i Michała starych znajomych z ultra imprez (B7S, B7D), niesamowite.

Proszę Alicję o zrobienie nam wspólnego pamiątkowego zdjęcia. Pośpiesznie rozmawiamy, przedstawiam moją towarzyszkę. Po chwili czas na nas. W międzyczasie reszta naszych przyjaciół postanowiła spokojnie kontynuować  spacerek do Pasterki. Rozglądamy się z Alicją za towarzystwem, po nich ani śladu. Opcje są dwie: albo poszli szlakiem między Małym a Wielkim Szczelińcem, tyle że trzeba nieco się wspinać w górę, by później zejść w dół, lub też druga, przyjemniejsza: drogą polną, która omijając z lewej strony Mały Szczeliniec dociera do naszego celu  tj. biura zawodów i miejsca startu. Mając nadzieję, że właśnie tą opcję wybrali nasi towarzysze, ruszamy  z Alicją w kierunku Pasterki. W zasięgu wzroku nie widać  znajomych postaci. Docieramy do DW „Szczelinka”, miejsca naszego biura zawodów. Szybka weryfikacja, odbieramy pakiety startowe i lądujemy na pobliskiej sali konsumpcyjnej. Błyskawiczna kalkulacja: czasu jest sporo. Decyzja: dwie białe kawy i dwa mikroskopijne ciasteczka, a co, niech dziewczyna ma trochę  przyjemności z tego dnia. Wszak przed nami nie lada wyzwanie: plecak na plecy i niebotyczny dystans do przebiegnięcia.

W końcu widać znajome twarze, dotarli. Nie powiem: lekko zdziwieni. Jak to? Oni szli przed nami, a wychodzi na to, że są na końcu. Lekko chyba im nawigacja zaszwankowała. Mamy sporo czasu, radośnie świergotamy w oczekiwaniu na godzinę 10:00 (start), co niektórzy posilają się nieco, uzupełniają camele. Czas zdać przepaki, wszak meta jest na Szczelińcu Wielkim, czyli w miejscu nieco oddalonym zarówno od miejsca startu jak i parkingu, na którym pozostawiliśmy samochód. Trzeba do przepaku włożyć wszystko co niezbędne do kąpieli i przebrania, po ukończeniu tego tytanicznego biegu. Nieubłaganie zbliża się 9:30, na nas czas. Nieśpiesznie ruszamy w kierunku startu. Słońce zaczyna lekko smażyć.

Ostatnie grupowe zdjęcia, ostatnie ustalenia taktyczne. Łukasz zapewne pociągnie w czołówce biegu (młody wilczek), ja pewnie nieco dalej, na moich plecach poczuję oddech Pawła. Monika biegnie z Markiem, natomiast Alicja wspólnie z Asią (jej partnerką z Rzeźnika 2014). 10:00, sygnał startu.

Nie ma odwrotu, ruszyła różnokolorowa lawina ludzkich ciał na spotkanie z labiryntem skał, powalonych drzew i wystających niczym macki  ośmiornicy całkiem sporych  korzeni. Po blisko kilometrze, jest już całkiem przyjemnie, peleton się ładnie rozciągnął, a my zagłębiliśmy się w las, podążając w kierunku Machowskiego krzyża, czyli miejsca gdzie przekraczamy granicę, by kontynuować nasze zmagania w czeskiej części gór Stołowych. Właśnie ten fragment Supermaratonu jest najłatwiejszy, jesteśmy jeszcze wypoczęci, różnice wysokości do pokonania stosunkowo niewielkie. Co prawda, trasa w tym fragmencie jest bardzo trudna technicznie (labirynty skalne),

lecz satysfakcja z ich pokonania bezcenna. Na ósmym kilometrze punkt pomiaru czasu i jednocześnie żywieniowy. W locie łapię nieco wody oraz listek arbuza i znikam w otchłani lasu. Zaczyna się sprawdzać prognoza pogody, słońce niemiłosiernie grzeje, temperatura pod 30 stopni, dobrze że chociaż czuć wiatr we włosach (pod warunkiem że się je posiada). Mija kolejna godzina biegu, dawno można zapomnieć o biegu w zwartej kolumnie. Gdzieniegdzie, w przesyconym wilgocią i chłodem lesie błyskają refleksy sylwetek zawodników. Kolejny punkt pomiaru czasu i odżywiania (w sumie ten sam co poprzedni, tyle że natykamy się na niego w drodze powrotnej z labiryntu skalnego), 18 km. Uzupełniam pośpiesznie camela, dziś to nie przelewki, brak wody w trakcie biegu oznacza porażkę. Jest dobrze, kierujemy się z powrotem w stronę Machowskiego krzyża, lecz inną trasą. Długi, mało ciekawy i wyczerpujący etap Supermaratonu, który jednak pokonałem znacznie sprawniej niż rok temu. Granica, krótki bieg w stronę Pasterki. Jest, widać, nadzieja w sercu rośnie wraz z każdym krokiem kierunku punktu żywieniowego. Opodal schroniska „Pasterka", 28 km trasy, punkt sędziowski i żywieniowy zarazem. Niebotyczny doping  kibiców, rosną skrzydła u nóg. Kolejny raz błyskawicznie uzupełniam zapas wody, pochłaniam żelka i wzrokiem podążam w kierunku wodospadu Pośny. Początek całkiem miły, w ubiegłym roku trasa prowadziła podobnie, lecz obecnie organizator postanowił nam znacznie uprzykrzyć życie.

Dołożony został właśnie odcinek wodospadu Pośny,  tak na oko jakieś 2500 m. Niby niewiele lecz droga przez mękę, najtrudniejszy fragment tego Supermaratonu, na początek zbieg, choć w sumie to droga przez piekło w otoczeniu pięknego krajobrazu, jakieś 250 m w dół, po to by klepnąć dłonią drogi asfaltowej i ponownie wspinać się w kierunku Szczelińca Wielkiego. Zdecydowanie dziś jest mój dzień na zbiegi, po prostu jestem szatan nie kogut!. Podejścia to zupełnie inna bajka, wszak to niecałe dwa tygodnie po mojej ostatniej górskiej setce, organizm zaczyna się buntować, mówi nie, zrób sobie odpoczynek. Zobacz jaka fajna skałka, zrób zdjęcie. Jakie zdjęcie!!, zdjęcia będę robił jak przyjadę tu w nieokreślonej przyszłości z wnukami (których jeszcze nie mam !), tu trzeba pociskać. Odzywają się skurcze ud. Nie jest dobrze, z nimi raczej się nie negocjuje. Mijam kolejnego zawodnika (nr 117), mruczę coś nieprzyzwoitego o moim braku przygotowania, o tym że mam w plecaczku wszystko oprócz magnezu. Hokus pokus, w ręku nieznajomego pojawiają się trzy ampułki tego specyfiku. Ale numer. Mam ochotę Go wyściskać, ale pozostaję przy opcji aby Mu postawić na mecie wielkie, ogromne, zimne, pyszne piwko (przepraszam, że nie dotrzymałem sobie danego przyrzeczenia, ale o tym później). Docieramy do czwartego punktu żywieniowego na 36 km, krótka przerwa by po chwili w pędzie biec w stronę Ostrej Góry. Przez morze traw zagłębiamy się w świerkowy las i tu przyjemnym zbiegiem wita nas ta miejscowość. Wszystko co piękne, kiedyś się kończy, tyle ile się zbiegło, tyle trzeba podejść. Dobrze, że pogoda nieco nam sprzyja, od południa jest znacznie chłodniej niż przewidywano. Na horyzoncie ostatni punkt kontrolno żywieniowy  ( Błędne Skały). Niby na wykresie wygląda równie nieprzyzwoicie jak wodospad Pośny, lecz w rzeczywistości to spacerek. Docieram do punktu, oczyma wyobraźni widzę za świerkami majaczący Szczeliniec Wieki. Mijam go dosłownie w biegu, łapię dwa kubeczki wody. Jeden do ust, drugi na kark. Biegnę dalej, 43 km,szlak biegnący w kierunku Karłowa to istne rumowisko głazów z piaskowca, mniejszych i większych. Jest dobrze, jest moc, jest bliskość mety. Biegnę niczym w transie. Kiedyś musiał nadejść ten moment. Minimalny błąd, krawędzią prawej stopy zahaczam o głaz i.. ruszyła jak układanka domino. Analizuję to od kilku dni i nic, dosłownie dziura w pamięci. Wyrwany z pamięci ułamek sekundy, który tak wiele zmienił. Jakby ktoś wybiórczo skasował fragment mojej pamięci. Niczym bezwładny, podcięty wór z ziemniakami zwalam się na szlak, wywracam kozła. Potworny ból w prawej dłoni, spoglądam. Dosłownie prawie odjeżdżam. Mój staw u prawej dłoni …. istny obraz nędzy i rozpaczy. Nie dość że wyłamany w lewo, to jeszcze ta gigantyczna rana i ziejące z jego wnętrza fragmenty stawu. Nikt nawet z biegaczy nie załapał, że w tym momencie doznałem otwartego złamania stawu kciuka prawej dłoni. Odruch: po pierwsze wyprostować wyłamany kciuk (z rany zaczyna buchać całkiem pokaźna ilość krwi ), po drugie co z pozostałymi częściami ciała?. Poza tym, że jestem poobijany i niebotycznie wybrudzony no i oczywiście ze złamanym kciukiem, to wszystko jest ok. Błyskawiczna analiza (dosłownie ułamki sekundy): iść, błąd, przecież mogę biec! Nogi są całe! Cofnąć się do ostatniego punktu po pomoc: błąd. Meta jest przeciwnym kierunku, zresztą przecież na rękach mnie nie zniosą z Błędnych Skał. Kontynuować bieg: prawidłowa decyzja. Jeszcze nigdy tak szybko, a zarazem tak ostrożnie nie zbiegałem (no może z ta szybkością nieco przesadziłem). Kurczowo trzymam dłoń w taki sposób, by  wyłamany kciuk się nieco zamknął. Dziwne nie czuję bólu, tylko ręka jest cała od krwi, która wyciekając znaczy szlak. Pozostali biegacze mogą na tej postawie spokojnie kontynuować bieg do celu. W pędzie zrywam jedną z taśm znakujących trasę biegu, chcę w locie zrobić namiastkę opatrunku, kiepski pomysł. Po przebiegnięciu ok. 1 km, w oddali widzę idącą w moim kierunku parę turystów. Błysk chwili: „ – macie może ze sobą opatrunek ??”. Victoria, mają. Proszę o zrobienie opatrunku na mojej zaciśniętej dłoni. Po chwili całkiem zgrabny opatrunek zdobi moją prawą dłoń. Wszystko dzieje się jak w kalejdoskopie. Mijam w biegu kolejne grupy turystów, z daleka uśmiechnięci, z chwilą gdy do nich się zbliżam ich miny nieco gasną. No nie to, że człowiek się potknął i nieco pobrudził to już inny świat?. W pewnym momencie zerkam ma mój śliczny bialutki opatrunek. Już nie jest taki biały i taki śliczny, całkiem nasiąkł krwią i straszy napotkanych turystów. W końcu ostatni odcinek biegu po Lisim Grzbiecie, następnie kilkaset metrów drogą asfaltową do Karłowa i drogą w kierunku mety na Szczeliniec. Docierając do Karłowa kusi mnie aby przystanąć, skierować się na pobliski parking, do samochodu. W życiu!, co to zmieni, nic…, za mną pociskają następni, a meta na wyciągnięcie ręki (no może tej lewej, bo prawą dyskretnie staram się kryć, po co straszyć dzieci, że niby biegi to taki ekstremalny sport?!). Nie ma opcji rezygnacji, najpierw meta, medal, później zobaczymy co z paluchem. Docieram do podstawy Szczelińca. Z mozołem pokonuję kolejne stopnie, nie powiem jest ciężko. W końcu wierzchołek góry, słychać gwar mety, finisz. Tu się już nie idzie, tu się nie biegnie. Tu się frunie na skrzydłach adrenaliny. Przekraczam metę, upragniony medal zawisa na mej szyi. Jakieś miłe dziewczątko proponuje piwo. „Nie, dziękuję, gdzie są ratownicy medyczni? „, dziewczyna w tym momencie zerka i widzę że minę ma nie tęgą. Po chwili siadam na krześle ratowników, proszę o zdjęcie poprzedniego prowizorycznego opatrunku i założenie nowego. Tym razem już na spokojnie przyglądam się kciukowi, oby cię….. przez ciebie tyle problemów. Nie powiem abym był zachwycony tym co zobaczyłem. W trakcie tego szaleńczego zbiegu kombinowałem jak to wszystko poskładać do kupy tj. mojego kciuka i to aby moi przyjaciele w miarę komfortowo wspominali ten dzień. Na mecie powinien być już Łukasz, rozglądam się. Jest, chwila wyjaśnień. Wychodzi na to, że najlepszym rozwiązaniem jest najbliższy SOR (Polanica Zdrój). Błyskawicznie zbieramy się ze strefy mety. Podążamy do Karłowa. Ja zbiegam, Łukasz w japonkach schodzi mozolnie. U podstawy Szczelińca spotykam Remika, szybko mu relacjonuję wypadki dnia dzisiejszego i po chwili jestem w samochodzie. Dociera Łukasz. Jedziemy poprzez Kudowę Zdrój, Duszniki Zdrój do Polanicy Zdrój (najbliższy szpital), jakby nie patrzeć ok. 45 min jazdy. Ja kieruję, pokazuję Łukaszowi jak się prowadzi auto w automacie.
W Kudowie się zmieniamy, dziwne mdli mnie i zbiera się na wymioty. W końcu szpital w Polanicy, SOR, Rejestracja i zderzenie z rzeczywistością. Rejestracja ok., później zonk, kolejka, chyba z 10 osób. Proszę Łukasza, aby wrócił do Karłowa, a następnie na metę. 

Niech świętują ukończenie Supermaratonu, w spokoju się odświeżą, posilą i co tam im do głowy przyjdzie. Jakby co, to ja jestem w Polanicy na SOR, rozwaliłem nieco dłoń i muszą mnie pozszywać (mniej więcej wszystko się zgadza). Łukasz znika, a kolejka na SOR zadziwiająco szybko maleje. Najpierw przyjęcie, rozmowa, następnie prześwietlenie stawu. W końcu konsultacja z plastykiem. Po zdjęciu opatrunku, umyciu dłoni, tak źle nie wygląda, tylko ten wykrzywiony i otwarty staw…. Diagnoza: otwarte złamanie stawu kciuka prawej dłoni. W końcu przychodzi chirurg plastyk, szybko, sprawnie: zastrzyk przeciwtężcowy, następnie znieczulenie miejscowe w feralny kciuk. Teraz z mozołem wydłubuje z mojego kciuka kawałki gór Stołowych. Pyta czy chce popatrzeć. Nie mam blokad jeśli chodzi o krew, ale patrzenie jak ci ktoś dłubie pęsetą w stawie to już przegięcie. Żartowniś, nie ma co. Ładnie wszystko poskładane, całkiem śliczny szew (a konkretnie to pięć szwów). W końcu opatrunek wykonany przez pielęgniarkę, która okazuje się, że też nieco biega. Pozostaje poczekać na wypis. SMS, Alicja, że wypadek, jakieś otwarte złamanie itd. że się martwi. Nie dosyć, że sam jestem nieco podłamany (za 10 dni B7S), to jeszcze martwię się tym, że ktoś się martwi. Telefon od Moniki to samo, wyjaśniam że ok., że tylko na wszelki wypadek itp. Otrzymuję wypis. Dochodzi 21:00. Alicja przysyła sms „ jedziemy po ciebie”. Super, wszystko zaczyna się układać. Wychodzę przed szpital, jest już zmierzch, dzwonię do żony. Mówię, że już koniec maratonu że będę ok. 1:00, ani słowa o kontuzji. Nadjeżdża Łukasz z całym towarzystwem. Dziewczyny żyją moim wypadkiem (upadkiem), dostaje mi się nieźle od Alicji za próbę zatuszowania sprawy. Okazało się, że dobiegając do Karłowa spotkała Remika i to on puścił farbę o okolicznościach i konsekwencjach mojego zdarzenia. Siadam z tyłu, Łukasz kieruje, ja pałaszuję zorganizowany przez przyjaciół posiłek, między kęsami szczegółowo tym razem opowiadając o dzisiejszej przygodzie. Na horyzoncie Wrocław, zmieniamy się z Łukaszem. Na rogatkach Leszna pojawiamy się w deklarowanym czasie. Ponownie rozwożę wszystkich po kolei: najpierw Łukasz i Paweł…, następnie całą i zdrową pod domem zostawiam Alicję, Marka podrzucam do Święciechowy, by w końcu zajechać do domu. Z tyłu samochodu cichutko dosypia Monika, po którą zjawił się wkrótce Krzyś. Zabieram torbę i podążam do domu. Na klatce schodowej śpi Rysio, z utęsknieniem czekający na brakujące ogniwo rodziny. W końcu to, na co czekałem od momentu startu (kąpiel), niestety nie miałem możliwości wcześniej się odświeżyć. Rano budzę się, żona zerka na opatrunek i ni to pyta ni to stwierdza od niechcenia: „ jak ty teraz pojedziesz na B7S ?”.


P.S. Poniedziałek, południe wizyta w poradni urazowo-ortopedycznej, jest ok. W rejestracji pani wypisuje mi L-4….. do 2014-08-17. Zapomniałbym na śmierć: wszyscy przyjaciele ukończyli SMGS i cudownie się bawili, mi udało się wykręcić czas 6:28 i 60-m-ce open (szkoda że przytrafił mi się taki niefart). A jeśli organizator myśli, że nas zniechęcił, tak masakrycznie trudną trasą , to jest w błędzie. Za rok znów tu przyjedziemy!.


 



Naszą stronę odwiedziło już
3959476 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas