Menu

Artykuły


 

Sudecka Setka w relacji kolegi Waldka Binkowskiego.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Ciemność, widzę ciemność: Sudecka Setka 2014
 
 
Każdy z nas ma mniej lub bardziej ulubione imprezy biegowe. Jednych ciągnie do masowych maratonów ulicznych, w których jesteśmy jednym ze stada lemingów, walczących dystansem 42 km i 195 m, a inni w życiu nie postawili nogi na asfalcie, przedkładając ponad wszystko rajdy turystyczno-sportowe, gdzie przy kondycji fizycznej jest równie ważna umiejętność radzenia sobie w nieznanym terenie. Nie mam sprecyzowanych preferencji biegowych, łykam wszystko od maratonu wzwyż (o ile dostanę zielone światło). Nieważne czy to standard maraton (np. Dębno), czy totalnie nieprzewidywalny Kierat. Z czasem moja sympatia zaczęła kierować się w stronę ultra biegów i długodystansowych rajdów na orientację. Nie wiem dlaczego, ale pierwszą moją setkę zaliczyłem w 2005 roku w Boguszowie-Gorcach ( może dlatego że wówczas na palcach jednej ręki, można było policzyć  imprezy organizowane w Polsce na dystansie 100 km, w górach ). Cytując klasyka : lekko nie było. Zadowolony z siebie, zmęczyłem dystans i zostałem oficjalnie ultrasem. W tamtym okresie ukończenie maratonu to było coś, a ultra to był kosmos, to było coś o czym się mówiło z szacunkiem w gronie biegaczy. Teraz odnoszę wrażenie że dewaluacja to nie tylko termin dotyczący ekonomii.  W kolejnych latach wracałem rokrocznie do Boguszowa, by w stosunkowo nielicznym towarzystwie móc zmierzyć się z ponadludzkim dystansem. Nie inaczej postanowiłem postąpić w tym roku, jakoś nie pociągnęła mnie opcja wyjazdu MARATON LESZNO  na Bieler Lauftage 2014 czy też nie tylko moim zdaniem przereklamowanym i przedrożonym ( ale jakże pięknym ) Rzeźniku. Pozostając wierny moim sympatiom, wczesną wiosną zarejestrowałem się na stronie OSiR Boguszów Gorce i uiściłem stosowna opłatę.
 
Czas do setki zbliżał się nieuchronnie. Na tydzień przed imprezą, po rozpoznaniu, kto z lokalnych biegaczy jest skłonny by zmierzyć się z tym dystansem, zmontowałem ekipę na wyjazd. Wyszło na to iż jedziemy we czwórkę : Ewa i Piotr ( małżeństwo ), Paweł oraz ja. Pomimo iż z Leszna było zapisanych kilkanaście osób, to z uwagi na okres w którym miały być rozegrane zawody ( długi weekend , powiązany z Bożym Ciałem ), praktycznie każdy z ziomków docierał do miejsca zawodów o innej porze i z innego miejsca. Zaplanowaliśmy wyjazd w piątek około 16,00. Szybko i sprawnie pozbieraliśmy się do kupy i mile gawędząc zmierzaliśmy do wyznaczonego celu. W trakcie rozmowy wyszło na jaw, że w tą sobotę Piotr i Ewa obchodzą 17-stą rocznicę ślubu. Aby we właściwy, biegowej braci sposób , tą rocznicę uczcić, Piotr i Ewa postanowili wystartować w Sudeckiej Setce. Ewa na dystansie 72 km , a Piotr postanowił zmierzyć się z cała setką, pomimo tego iż tydzień wcześniej, we wspomnianym Bieler Lauftage 2014 Piotr ukończył dystans 100 km, a Ewa maraton. Niesamowite, gdybym ja mojemu kochanie zaproponował w taki sposób uczczenie rocznicy to z pewnością  by mnie popędziła. Ale ta Ewa MUSI kochać Piotrka, aby dać się naciągnąć na taki ekstremalny wyczyn. Zamiast romantycznej kolacji we dwoje , bieg na dystansie 72 km ciemną nocą….. .
 
 
Po niespełna trzech godzinach podróży docieramy prawie do Boguszowa. Przymusowy przystanek , ale cóż : na władzę nie poradzę, dobrze że miała rabat dla biegaczy.
 
Około 19,00 parkujemy na Boguszowskim rynku, małe dolnośląskie miasteczko, nie wiem czy zapomniane przez Boga, ale na pewno przez ludzi, sorry Polska „B”.
 
 
Sprawna weryfikacja. Po chwili spotykamy Agnieszkę i Jarka. Ci z kolei po czwartkowej uroczystości ślubnej, zamiast leczyć kaca czy konsumować nowy związek, postanowili zjawić się na Sudeckiej Setce. Agnieszka w charakterze kibica, zaś Jarek po raz pierwszy przymierzał się do rozprawy z setką. Ponieważ nieco wcześniej mieliśmy o tym fakcie przecieki przygotowaliśmy od leszczyńskiej biegowej braci skromny prezent i moc serdecznych życzeń na nową drogę życia.
 
 
Po chwili odnajduje się Sławek z rodziną, który do Boguszowa dotarł z pobliskiej kotliny jeleniogórskiej, przekazuję mu grzecznościowo dodatkową odzież biegową ( zapowiada się bardzo chłodna noc ). Pakujemy się ponownie do samochodu i przenosimy na parking w pobliże stadionu miejskiego ( słowo stadion to zdecydowane nadużycie w tym przypadku ). Zajmujemy z góry upatrzone stanowisko, po chwili docierają dwaj Mariusze. Ci z kolei, po ukończeniu nocnego maratonu zamiast grzecznie wrócić na łono rodziny, jakby było im mało, postanawiają zaliczyć Radkowski triatlon!.  
 
 
Niespiesznie czynimy przygotowania do nocnego startu. W co się ubrać?, to nie byle połówka czy cały maraton. Przed nami noc i kawałek dzionka, więc dylemat jest całkiem na miejscu. Docierają super  wieści z Bieszczad: Alicja ukończyła Rzeźnika, zuch dziewczyna. Ostatnie telefony, sms’y. Ostatni przychodzi o treści : „daj czadu!” , wiśta wio, łatwo powiedzieć, ale jak mówią nasi wschodni sąsiedzi : „ile maju tyle daju”- pożyjemy , zobaczymy. Docieramy do miejsca startu ( rynek ), jest jeszcze nieco czasu więc z uwagi na panujący chłód więc chowamy się do biura zawodów, siadamy w auli, zjawia się również Krzysiek i Łukasz. Ostatnie minuty. Wychodzimy na miejsce startu, robi się już całkiem ciemno, ostatnie, zdjęcia, pogwarki. Mnie w żołądku motylki nie fruwają, lecz obserwując bacznie  okolicznych biegaczy odnoszę wrażenie, że u nich jest wręcz przeciwnie. Gdzieniegdzie widzę w oczach strach, pomieszany z przerażeniem :  „w co ja dałem się wkręcić ! „. Za późno na refleksje.
 
Nieco po 22,00 przy blaskach sztucznych ogni ruszamy, najpierw runda honorowa wokół starówki, później znikamy w otchłani nocy. Na początku czyste wariactwo (jak zawsze !), jeden przez drugiego próbuje forsować do przodu. Kochani! , przed wami 100 km , zdążycie jeszcze pokazać że dziś macie dzień konia. Pierwsze wzgórza studzą zapał peletonu. Od momentu startu straciłem kontakt z ziomkami, każdy miał swoją strategię na ten dzień. Mi po głowie chodzi pamiętny sms. Początkowo kilkakrotnie dublujemy się wzajemnie z Pawłem, lecz na kolejnym zbiegu po nim zostaje wspomnienie. Poprzez Mniszek ( 704 m ) docieramy do Gorc, tu wiedzieni wzrokiem zaspanych mieszkańców kierujemy się w stronę masywu Trójgarbu ( 778 m ). Już po pierwszych kilometrach czuję że to może być mój dzień. Bez problemu łykam kolejnych biegaczy. Na masywie góry urocze serpentyny, rozciągamy się znacznie. Odległości między biegaczami niejednokrotnie przekraczają 150 m, co powoduje iż w świerkowym lesie mamy wrażenie samotnego biegu. W pewnym momencie zrównując się z kolejnym biegaczem słyszę : „ Myśmy chyba razem biegli Rydawską Wyrypę „. Mam dość charakterystyczną pomarańczową kamizelkę i po niej zostałem rozpoznany w ciemnym świerkowym lesie. Mały ten świat. Dobrze po północy, opuszczam masyw Trójgarba , kierując się stronę Chełmca ( 851 m ). Jest superowo, wiem że dziś jest szansa na poprawienie życiówki na tym dystansie. Bez wariactwa, aby się nie zarżnąć , docieram do masywu. W poprzednie edycje ten odcinek pokonywałem raczej szybkim marszem, tym razem w większości udaje mi się biec. Chełmiec, kolejny pkt pomiaru czasu, łyk wody i komu w drogę temu czas!. Na 40-stym kilometrze dochodzę kolejnego biegacza. Okazuje się że to Krzysiek, jeden z moich faworytów w tym biegu. Szarpana głębokim oddechem rozmowa w biegu : „ nie mam dziś mocy! „ - dociera do mnie. W końcu meta maratonu, a dla mnie zaledwie rozgrzewka. Krzysiek odpuszcza, kończy na dystansie maratonu, „ idę się wykąpać i spać do namiotu „. Sprawnie uzupełniam camela, ruszam w dalszą drogę.
 
Na razie jest ok., czas na tym odcinku poprawiłem o 40 minut w stosunku do mojego najlepszego wyniku. Nie ma co się cieszyć!, zobaczymy jak wyjdzie na mecie. Od 42-go kilometra praktycznie zmagam się samotnie z dystansem, ukształtowaniem terenu i mrokiem nocy. Od czasu do czasu , na prostej błyśnie światełko czołówki. Wykonuję całkiem sporą agrafkę by poprzez Boguszów dotrzeć do podstawy masywu Dzikowca. Po niezbyt męczącym odcinku docieram do wyciągu na Dzikowiec ( 836 m ). Wyciąg może i jest , ale nie dla biegaczy!. Trzeba pociskać z buta dość stromym podejściem. Na szczycie kolejny punkt, chwila na łyk herbaty. Wokół dalej ciemność, jakby zapadła noc polarna. Nie ma co ściemniać, ruszam dalej. Kolejny punkt to Wielka Lesista ( 851 ), do której docieram już o brzasku dnia. Od czasu do czasu dubluję się z uczestniczką setki, lecz przed Grzędami niestety definitywnie mnie zostawia. W pewnym momencie , biegnąc leśną drogą, czubkiem buta zahaczam o wrośniętą w trawę gałąź. Wywijam w powietrzu gigantycznego fikołka i zbieram się pośpiesznie. Szybkie oględziny, poza stłuczonymi kolanami wszystko ok. W Grzędach meta dystansu 72 km, dalej pociskają tylko twardziele, zerkam na Garmina, czas jest super, w tym punkcie trasy, poprawiam swój wynik z poprzedniego roku o blisko godzinę !. Pozostało znów biec serpentynami Wielkiej Lesistej, tu i ówdzie mozolnie wspinając się w górę, aby przed zalewem , w promieniach słońca, cudnie zbiegać w dół. Nad stawami ostatni punkt kontrolny. Strażacy próbują mnie usadzić na krześle, chcą opatrzyć moje zakrwawione kolana. Nie ma takiej opcji, kto by się takimi głupstwami przejmował , jak  życiówka na horyzoncie. Ponownie przez niższe partie masywu Dzikowca docieram na skraj lasu; cudny widok : Boguszów-Gorce na wyciągnięcie  ręki. Nic z tego kolego !. Po minięciu punktu pomiaru czasu robię zwrot o bliski 150-ciu stopni ,by zapoznać się z Dzikowcem Małym ( 696 m ). Może i bym się taka opcją  podłamał, lecz biegnę tu piąty raz, wiem że za chwilę zacznie się lekki zbieg i tym razem dotrę do rogatek Boguszowa. Ponownie zerkam na Garmina, czas jest rewelacyjny ( jak na mnie ! ), jest szansa na złamania 11 godzin !. Biegnę i gorączkowo kalkuluję : tu jakieś 800 m, tu kolejne licząc na oko 900m. Jest szansa, tylko muszę ruszyć mocno d…. .Przebiegam przez rynek, by poprzez niewielkie, lesiste wzgórze dotrzeć do stadionu. W pędzie , mijając bramę mety zerkam na zegar : 10 godzin i 57 minut. Zadanie wykonane, dałem czadu, i nikt mi tego nie odbierze. Jest dobrze, 15 m-ce open, 2 m-ce wiekówka. Poprawiam mój czas w Sudeckiej Setce blisko o 1 godzinę i 15 minut!. Zbieram się do samochodu po czystą odzież i ponownie wracam na stadion. O ile przebiegnięcie Setki nie stanowiło specjalnego problemu, to już skorzystanie z natrysku już tak. Ale nie ma że boli, setka jest takim dystansem po którym każdy z uczestników doskonale czuje swój zapach i wcale nie należy on do miłych. Z deszczowni natrysku kapie woda i można pomarzyć o jej większym strumieniu.  Koniec końców wykapany, ląduję w Vitku, w którym moszcze sobie całkiem przytulne gniazdko i błyskawicznie zasypiam.
 
 
Po kilku godzinach budzi mnie telefon, dzwoni Paweł, który stoi opodal samochodu. Skończył dystans 72 km, pojawia się również Ewa , również szczęśliwa z ukończenia tego dystansu. Pomny problemów z natryskiem, jedziemy do szkoły w centrum, gdzie w nieco bardziej cywilizowanych warunkach przywracani są oni do życia. Wracamy ponownie na stadion, by być świadkami finiszu Piotra.
 
 
W końcu, w komplecie, przy akompaniamencie padającego deszczu po raz kolejny zawozimy, tym razem Piotra do szkoły. Po chwili jakby nie ten sam wraca do grona żywych. Pozostał w sumie ostatni punkt programu czyli posiłek w restauracji na Boguszowskim rynku. Nieśpiesznie pałaszując drobiowy gulasz z makaronem wymieniamy się uwagami na temat biegu. W sumie nic tu po nas, specjalnie nie jesteśmy zainteresowani dekoracjami czy losowaniem nagród niespodzianek. Krótka decyzja: wracamy do domu.
 



Naszą stronę odwiedziło już
3959469 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas