Menu

Artykuły


 

Bieg Rzeźnika 2014

Bieg Rzeźnika 2014 w relacji koleżanki Alicji Kozłowskiej
Pomysł na Bieg Rzeźnika zrodził się w mojej głowie bardzo dawno. Od zawsze przebiegnięcie go było moim marzeniem, a marzenia są przecież po to żeby je spełniać! 
Zamieszkaliśmy w miejscowości Komańcza, z której co roku startują biegacze. Bieg Rzeźnika to kultowy, ekstremalny bieg górski. Jest organizowany corocznie od 2004 r. przez Klub biegowy OTK Rzeźnik. Klub ten został założony przez byłych podopiecznych trenera Klausa Czecha, którego specyficzna metoda treningowa polegała na zajeżdżaniu swoich zawodników. Dlatego nazywany był „Rzeźnikiem”. Stąd też wziął się akronim OTK – Ofiary Trenera Klausa.
 
Obowiązkowa odprawa zawodników odbyła się  jak zawsze w dzień poprzedzający bieg, w tym roku 19.06.14r. Prowadził ją Dyrektor Biegu - Mirek Bieniecki. Ostrzegał nas przed błotem i wszechobecnymi… żmijami. Pouczał jak zachować się w razie ukąszenia, radził wpisać wszystkie numery talefonów do punktów kontrolnych i życzył siły!
Bieg Rzeźnika obywa się zawsze w nocy po Bożym Ciele – tym razem 20.06.14r.
 
Trasa trudna, a na dodatek w czterech punktach mocno wyśróbowane limity czasowe. Przybliżone przewyższenia trasy to +3235m podbiegów oraz -3055m zbiegów. Czas zakończenia biegu 16 h. Wiedziałyśmy doskonale, że „będzie się działo”.
 
Z wielką przyjemnościa odebrałysmy pakiet startowy i oddałyśmy nasze rzeczy do przepaków (Cisna i Smerek). Od tego momentu miałyśmy być nierozłączne . Numery startowe nie dawały wątpliwośc:  x i y zawsze razem :) Jedna kończy to druga nie ma wyboru. Wiedziałyśmy,że wsparcie na trasie to podstawa!
 
  
 
 
Rano o 3.00 wyruszyłyśmy na start, by o 3.30 zacząć przygodę. Silny zespół czyli:  Asia  z KB INTREX Poznań i ja z Maratonu Leszno. Wielka gromada podekscytowanych biegaczy czekała na wystrzał.
 
 
„…przez bieszczadzki czerwony szlak niczym stado koni się przetoczy”
(zespół: Wiewiórka na drzewie ; piosenka: „Ofiarom Trenera Klausa”
http://www.youtube.com/watch?v=NwDhrgccaB4)
 
 
Początek biegu na Przełęcz Żebraka wydawał się bardzo prosty, płaska asfaltowa ścieżka, ale trwało to bardzo krótko. ;) Od początku deszcz padał bardzo mocno, na zmianę zakładałyśmy i zdejmowałyśmy kurtki. 
Trasa biegu nie była specjalnie oznaczona. Dodatkowo deszcz i szarość wschodzącego dnia spowodowały, że duża grupa biegaczy zboczyła na chwilę z czerwonego szlaku i… zafundowała sobie ponad kilometr dodatkowej wspinaczki pod górę! Kilka dobrych minut „w plecy”, ale szybki odwrót i znów biegłyśmy we właściwym kierunku :))    
 
Po ponad 16 km dotarłyśmy do pierwszego punktu - Przełęcz Żebrak. Obsługa biegu przywitała nas wesoło - proponując masaż. Już na początku trasy! Oczywiście pognałyśmy dalej! 
 
Drugi etap okazał się znacznie łatwiejszy dzięki czemu nadrobiłyśmy kilkadziesiąt minut. Dość szybko dotarłyśmy do budzącego strach, ostrego zbiegu do Cisnej. Trudno tam było mówić o zbieganiu, nie jeden szpagat tam zaliczyłyśmy. ;) Na przepaku w Cisnej zmieniłyśmy koszulki. Własnoręcznie przygotowane bułki z serem i kilka łyków coli dodały nam sił.  Znowu do przodu!
 
 
 
 Od Cisnej mogłyśmy już mieć kijki… i chyba wiem dlaczego! Prawie od razu czekało na nas ostre podejście pod Małe Jasło. W drodze spotkałyśmy chłopaka, który nie mógł wstać przez skurcze. Na szczęście miałyśmy przy sobie magnez, więc bez wahania go nim poczęstowałyśmy. Mam nadzieję, że pozbierał się i dotarł na metę. 
 
Do Smereka miałyśmy „tylko” 24 km. Bezapelacyjnie były to najdłuższe 24 km w moim życiu! :) Na przepaku czekała na nas niespodzianka. Mąż z córkami oraz siostra z rodziną już z daleka nas dopingowali. „Alka, Asia dawaj, dawaj!!!” Od razu poczułyśmy przypływ mocy i radości.
 
   
   
  
  
Znowu szybki przepak. Cola, słynne smerekowskie bułki i dalej w trasę!  Mówi się, że Rzeźnik zaczyna się po 55 km. Nie minęło dużo czasu i na własnej skórze przekonałyśmy się o tym … Ostre podejście pod Smerek (1222m) mocno dało się nam we znaki! Widać było, że nie tylko nam, bo wyprzedziłyśmy kilka par. Spotkałyśmy parę chłopaków, z których Smerek „wyssał” ostatnie siły. Dla jednego z nich przygoda ta nie skończyła się zbyt dobrze, czekał na śmigłowiec GOPR, przykryty folią NRC.
 
  
 
Piękne widoki zapierały dech w piersiach! Chwilami wydawało się, że to fototapeta. Na Smereku minuta na zdjęcia i po „chwili” byłyśmy już na dole. 
 
 
Naszym następnym celem była Połonina Wetlińska . PIĘKNA! …ale gdy zobaczyłam w oddali Chatkę Puchatka (1228m)- przeżyłam traumę ;)
 
- „Ile jeszcze do Puchatka?”
-„A z godzinę będzie!”
 
Nasz czas do zamknięcia punktu: 56 min! Przed nami bardzo długi podbieg i ostry zbieg do Berehów Górnych (760m)! Koooszmar! Od tego momentu biegłam jak „oszalała”! Asia z wielkim bólem piszczeli za mną. Zbieg do Berehów to istny koszmar… Bardzo stromo, kamienie, schody, korzenie! Asia zaliczyła dwa upadki, ale nie poddawała się! Mijane przeze mnie pary krzyczały: „Nie ma co się spieszyć , nie zdążycie!”
 
 „Boli ręka
  Boli głowa
  Bolą plecy
  Boli noga
  Ale wyścig nadal trwa!”
 
Nie miałyśmy zamiaru się poddać! Miałyśmy nie dać rady na kilka kilometrów przed metą? Nie było nawet takiej możliwości! No to gaz do dechy! Choć przy zbiegu doznawałam skrajnych emocji i krzyczałam na cały głos: „Asiaaaa, Asiaa!” Biegłyśmy do przodu! (Moje zachowanie było przyczyną żartów mojej rodziny, podobno było mnie słychać w całym lesie ;)) 
   
  
No i udało się! Zdążyłyśmy!!! Znowu rodzinka przed punktem! Uśmiech w jednej sekundzie zawitał na mojej twarzy. Wszyscy później stwierdzili, że nie widzieli jeszcze u mnie takiego szału ;))  Teraz została nam już „tylko” Połonina Caryńska (1297m) - ok. 9 km, ale tu jak w piosence: 
 
„…ech Caryńska, toś ty mi krwi napsuła, 
ech Caryńska zabrałaś siły me”
 
Przed podejściem czekało na nas niesamowite zdarzenie, niestety dla kogoś bardzo trudne! 
   
Grupa GOPR wstrzymała nasz bieg na 20 min (i o tyle później został wydłużony limit Biegu Rzeźnika). Rozpoczęła się akcja ratunkowa jednego z biegaczy. Śmigłowiec zawisł w powietrzu, ponieważ nie było miejsca do lądowania. Wyskoczył ratownik i zaczął przygotowania do zabrania wyczerpanego biegacza. „Zapakował” mężczyznę i sam również przyczepił się do liny wyrzuconej  przez śmigłowiec. Poszybowali w górę. Dla mnie, czyli widza, było to zdarzenia niczym z filmu! Szkoda tylko, że to była prawdziwa akcja ratunkowa. 
   
 
Ruszyłyśmy dale w trasę na Połoninie Caryńską. Przemoczone i bardzo zmęczone, mocno odczułyśmy panujący tam chłód i wiatr. Jednak przepiękne widoki w  dużym stopniu nam to rekompensowały.
 
        
 
Meta już blisko. Biegniemy z Asią w lesie. Nagle słyszę głosy. „ALIS, ALIS”
Myślę: Co się dzieję? Czy ja już mam omamy? Jesteśmy w środku lasu, a leśne duszki to chyba nie są. Co się dzieje?!
Zbliża się granica lasu, *głosy nadal słychać* ostry zbieg, co ja widzę! Moje córeczki i dzieci siostry Uff, to oni tak krzyczeli. Mówią nam, że do mety zostało 400 m. „Asia lecimy!”. Nigdy nie pomyślałabym, że człowiek tak zmęczony może osiągnąć taką prędkość! Rodzina biegła za nami. 200m przed metą jeden z organizatorów krzyczał do nas: „Właśnie pokonałyście 80 kilometrów,  a nadal biegniecie!” Zaczął biec z nami SZCZĘŚLIWE !!!
 
„To już meta, to już meta! W sercu radość, w ręku medal! I kolorów nabrał świat…”
 
  
 
  
 
 
autor: Alicja Kozłowska
 
 
 
 
 

 



Naszą stronę odwiedziło już
3959471 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas