Menu

Artykuły


 

Chojnik Maraton w relacji kolegi Łukasza

Chojnik Maraton 31.05.2014r. – „czyli o tym, że w biegach tak jak w życiu, czasami jest pod górkę”.
 
Relacja Łukasza Wróbla.
 
O biegu dowiedziałem się w zeszłym roku, kiedy to odbyła się pierwsza jego edycja. Impreza zebrała bardzo dobre recenzje, a najważniejsze opinie to te przekazywane przez samych biegaczy.
Zainteresowanie drugą edycją Chojnika było bardzo duże – również dla tego, że trasa biegu w całości wiedzie na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego, a po czeskiej stronie przez Krkonošský Národní Park.
 
 
Trasa biegu…
Bieg ogólnie rzecz biorąc nie należał do łatwych o czym może świadczyć fakt, że został wpisany do ligi Skyrunningu, czyli ekstremalnej formy biegów wysokogórskich. A dokładnie jako skymarathon – bieg, którego suma przewyższeń przekracza 2000 m., a dystans jest większa niż 30km.
Trasa na dystansie 43 km przebiegła przez przedgórze oraz główne pasmo Karkonoszy po polskiej i po czeskiej stronie – w całości poprowadzona po szlakach turystycznych oraz leśnych duktach, dzięki czemu ani przez chwilę nie wbiegaliśmy nawet do najmniejszej miejscowości. Suma podbiegów to 2200 m, a zbiegów 2033 m.
Na bieg wybrałem się z rodziną. Skorzystaliśmy ze strefy, która stała się prawdziwym miasteczkiem biegowym. Mali biegacze z mojego team’u, którzy początkowo przygotowani byli do roli kibiców, zajęli odpowiednio 2 i 3 miejsce w swoich kategoriach. Choć to tylko zabawa, to miło, że organizatorzy pomyśleli też o najmłodszych. Notabene jak widać na załączonych zdjęciach młodzież „zgarnęła” najciekawsze nagrody :-).
 
   
 
Sobota START godz. 09:00…
Zacznę od pogody. Dzień wcześniej padało, ale w sobotę od samego rana, niebo było bez  jednej chmurki. Bieg w takich warunkach to sama przyjemność i musi być udany.
Im więcej czasu pozostawało do startu, tym bardziej zapełniała się polana pod Chojnikiem. O godz. 08:30 organizatorzy przeprowadzili odprawę, na której omówiono najważniejsze elementy biegu, niebezpieczne miejsca (których nie brakowało), oznaczenie trasy i organizację.
Przed biegiem spotkałem sporo znajomych, w większości współuczestników wcześniejszych imprez biegowych. Spora grupa dotarła z Leszna i okolic. Tego typu igrzyska mają ten atut, że poza interesującymi miejscami, poznaje się bardzo ciekawych i nietuzinkowych ludzi.
 
Odliczanie…START…
I wystartowali…najpierw delikatny podbieg (ok. 2 km) Zdecydowałem, że w pierwszej fazie biegu nie będę się forsował i zachowam równe tempo. Moja taktyka to pokonywanie wszystkich wzniesień marszem. Jest to sposób na zachowanie sił na dalsze części biegu oraz sposób na odpoczynek dla zmęczonych bieganiem nóg (jeśli w ogóle można to nazwać odpoczynkiem).
Od Leśnych Łąk biegliśmy, aż do połączenia z czarnym szlakiem i dalej już tylko cały czas pod górę do grani karkonoskiej. Było to pierwsze długie podejście i zbyt forsowne tempo mogłoby się negatywnie odbić w dalszej części trasy. Podejście było długie. Z grani zbiegamy delikatnie w dół niebieskim szlakiem, który coraz bardziej się obniża. Momentami zbieg był bardzo szybki i należało bardzo uważać stawiając każdy kolejny krok. Komentowaliśmy z Piotrem (towarzyszem, z którym przyszło mi przebiec większość trasy), że takie zbiegi bardzo lubimy. I niech mi ktoś powie, że biegając nie rozwijamy innych sfer, takich jak: refleks, szybkość podejmowania decyzji, koordynację, równowagę itd. Bez tych elementów nie da się szybko zbiegać. A właśnie w efektywnym i szybkim sposobie zbiegania tkwi tajemnica prawdziwych górali (czyli czołówki górskich biegaczy).
Tuż za Medvedinową boudą zmieniamy szlak na zielony. Jak dotąd trasa jest oznaczona bardzo dobrze - czerwono białe taśmy wyznaczają prawidłowy kierunek, natomiast taśmy w kolorze żółto czarnym informują, że pomyliliśmy szlak i należy się cofnąć. Na szczęście pomimo faktu, że biegliśmy sami, ani razu nie pobłądziliśmy i nie trzeba było zawracać.
Z oddali widzę Labską boudę, za każdym razem wywiera ona na mnie takie same negatywne odczucia. Jest to betonowy blok postawiony nad przepiękną doliną. Na szczęście nie ma czasu na rozmyślanie nad estetyką architektury w górach, bo szybko odbijamy w prawo, by niebawem znaleźć się z powrotem na grani karkonoskiej.
Tu obieramy kierunek wschodni prosto na Stację telewizyjną nad Śnieżnymi Kotłami. Wszystko dzieje się bardzo szybko, wokół piękne widoki, dla których chciałoby się choć na chwilę przystanąć.
Na grani mijam sporo turystów (Polaków, Czechów i Niemców) dopingują, klaszczą, niekiedy komentują widząc nas biegaczy.
Po przebiegnięciu Łabskiego Szczytu zmieniamy szlak na żółty, tu na biegaczy czekał jeden z wolontariuszy, wskazując prawidłowy dalszy przebieg biegowej ścieżki. Zaczął się kolejny (drugi) mocny zbieg.
Na grani trochę wiało, pomimo to warunki były idealne, przez co nawet nie czułem pragnienia pomiędzy punktami odżywczymi. Bidon, który miałem ze sobą dostarczyłem na metę prawie nietknięty. Ale na to miała wpływ wyłącznie sprzyjająca aura. Sytuacja byłaby zupełnie inna gdyby słońce mocno grzało, niebo byłoby bezchmurne i nie byłoby wiatru.
Przy Schronisku Pod Łabskim Szczytem kolejni kibice i turyści gratulują i zachęcają do dalszego wysiłku.
 
 
Na kogo wypadnie na tego bęc…
Zbiegamy czarnym szlakiem. Wg. mnie jest to najgorszy i najbardziej niebezpieczny odcinek całej trasy. Wcześniejsze deszczowe dni sprawiły, że przepływał tędy potok. Nawierzchnię stanowiły wyłącznie kamienie i głazy. Wszystkie bardzo śliskie i do tego o nieregularnych kształtach. Biegnąc w szybkim tempie, co chwila musiałem łapać równowagę ratując się przed upadkiem. W pewnym momencie nagle wszystko zwolniło jak na filmie – przydarzyła mi się wywrotka. Kolanami uderzyłem o głazy, a bokiem w leżące suche konary powalonego drzewa. W pierwszej chwili pomyślałem, że dla mnie bieg się właśnie zakończył, ale pomogło rozmasowanie kolana i widok oddalającego się kompana. Co ciekawe na końcu tego odcinka czekały służby medyczne (Organizatorzy wiedzieli, że tu może się coś wydarzyć, była o tym mowa podczas odprawy przed biegiem).
Kolejnym ważnym odcinkiem, przed którym niektórym trzęsły się kolana była „wspinaczka” koralowym szlakiem na grań karkonoską (ok. 5 km podejścia). Widoki zapierały dech w piersiach…a może tchu nie można było złapać, bo podejście było bardzo wymagające?
Po dotarciu na grań z trudem łapałem odpowiednie tempo biegowe. Trochę czasu mi to zajęło, ale przełamałem barierę i już obniżałem się w kierunku kolejnego punktu odżywczego. Po dotarciu na wskazane miejsce, przyszedł czas na uzupełnienie płynów, kawałek arbuza na drogę i dalej na szlak.
Rozpoczęła się wspólna część trasy, na której w pierwszym etapie było pierwsze długie podejście. Nogi odczuwały trudy biegu, jednak dla mnie ważne było to, że z każdym krokiem byłem coraz bliżej mety. Po kilku kilometrach dotarłem do ostatniego przygotowanego punktu odżywczego. Droga kilkakrotnie zakręcała leśnymi drogami, momentami oferując błotniste przeprawy.
 
       
 
Coraz bliżej mety…
Tu już biegłem sam, kolega został z tyłu. Czułem, że meta jest coraz bliżej, jednak zdziwiłem się widząc znak na Zamek Chojnik (gdzie zlokalizowana była meta) z podanym czasem 30 min. Czyli meta jest bliżej niż myślałem. Wiedziałem, że w moim tempie pokonam ten odcinek w czasie zbliżonym do 15 min.
Spojrzałem na zegarek - jest szansa na zakończenie biegu w czasie poniżej 5 h. W miejscu, w którym trasa biegu wróciła na szlak turystyczny, pojawili się pierwsi kibice i znajomi (oraz telewizja). Krzyczeli, że jest dobry czas i miejsce.
Do pokonania pozostało wzniesienie, schody i dziedziniec, po chwili jestem na Zamku Chojnik. Na mecie wielka feta i święto biegowe. Kolejni biegacze kończą swój bieg z uśmiechem i przekonaniem, że uczestniczyli w udanej zabawie. Nastał czas na długie pogawędki i wymianę opinii o biegu i planach na kolejne starty.
 
 
 
Najlepsi dotarli na matę w czasie:
Mężczyźni – Jakub Wiśniewski – 3:55:46
Kobiety – Ewa Majer – 5:04:38
 
Wyniki reprezentantów regionu leszczyńskiego, w tym Maraton Leszno:
Łukasz Wróbel – 4:36:17      
Paweł Radziemski – 5:41:47
Filip Kolasa - 5:45:00
Wojciech Caputa - 5:50:03
Tomasz Hetmański - 6:10:52
Piotr Organista - 6:13:43
Łukasz Ratajczak – 6:17:28
Justyna Grzelak – 6:34:14
Daniel Grzelak – 06:34:14
Jakub Para – 8:21:40
 
 
 
 
 



Naszą stronę odwiedziło już
4443315 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas