Menu

Artykuły


 

Kierat 2014 relacja kolegi Waldka Binkowskiego

 

„Monika!!?......Jestem!”  Kierat 2014
 
Z wszystkich ekstremalnych imprez biegowych, Kierat zajmuje szczególne miejsce w moim  sercu. Pomimo iż uczestnictwo w tej kultowej wręcz imprezie wymaga ode mnie poświęcenia trzech dni na jej „ zaliczenie” , to przenigdy nie zamieniłbym go na najlepiej zorganizowany maraton uliczny, z wypasionym pakietem startowym. Spotkałem biegaczy, dla których zawartość pakietu startowego decyduje o tym czy wybrać  tą imprezę czy nie. Smutne ale prawdziwe.
 
Z niecierpliwością oczekiwałem na rozpoczęcie zapisów na edycję 2014. Po ich rozpoczęciu,  zaglądałem często na listę zgłoszonych , szukając na niej osób z mojej okolicy. Mimo iż przy każdej nadążającej się okazji lobbowałem moich przyjaciół biegowych, aby wzięli udział w tegorocznej edycji, oddźwięk był mizerny. Nie ma co ściemniać, Kierat to impreza dla zaprawionych w bojach ultra twardzieli. Trzeba się liczyć z trudną stukilometrową trasą ( wariant minimum ), w dodatku na orientację, w fantastycznym, ale wymagającym terenie Beskidu Wyspowego i Gorców, gdzie szczyty mają często 1100 i 1200 m i nierzadko taką wysokość trzeba zaliczyć podczas każdej edycji kilkukrotnie.
             
Któregoś dnia podczas przeglądania listy zgłoszonych napotkałem na dwa znajome nazwiska : Mariusza z którym wielokrotnie uczestniczyliśmy w podobnych ultra zabawach oraz Moniki. W tym przypadku, jej dorobek biegowy nie był tak imponujący : kilka lub kilkanaście maratonów ulicznych lub krosowych w nizinnym terenie , kilka rajdów na orientację na dystansie 50 km oraz ostatnio zaliczony dystans 55 km w ultra maratonie GWiNT. Monika, jak wszystkie dziewczyny z którymi miałem do tej pory przyjemność biegać, strasznie zawzięta, jak coś sobie postanowi, to nie ma zmiłuj. Łatwiej z kamienia wycisnąć wodę niż ją odwieść od raz  powziętego zamiaru. W tym przypadku jakoś do głowy przyszła Monice ochota na „zaliczenie „ Kieratu. Czas do zawodów zbliżał się błyskawicznie, nieco na tydzień przed nimi, zdzwoniliśmy się wszyscy aby wspólnie zorganizować transport. Padło na to iż pojedziemy furą Moniki i podzielimy się kosztami.
 
Piątek rano, godzina ósma pakuję się z torbą do bagażnika jej samochodu i sam zajmuję miejsce pasażera. Jedziemy po Mariusza, błyskawicznie go zgarniamy i już wkrótce jedziemy w kierunku Wrocławia a następnie poprzez Katowice , Kraków w kierunku majaczącego w oddali Beskidu Wyspowego. W drodze czas mija szybko, miło się gawędzi, ustalamy strategię biegu czyli innymi słowy, że nie mamy parcia na wynik, tylko wspieramy dziewczynę na każdym kroku. Oczywiście Monia jest strasznie samodzielna, odważna i chce trasę przebiec sama lub z pomocą przygodnych nawigatorów, lecz tym razem myśmy się uparli i decydujemy że biegniemy wszyscy razem, we trójkę. Nie będzie się dziewczyna samotnie włóczyła po górach . Monice niczym nastolatce przed pierwszą randka w żołądku fruwają motyle…. , skąd ja to znam ?, jeszcze nie tak dawno temu….. W końcu Limanowa, podjeżdżamy pod „Siwy Brzeg”. Szybka sprawna weryfikacja i….. rzut oka na mapę.
 
 
 
 
W końcu możemy się przekonać  gdzie będziemy napierać. Po chwili ja ląduję w pokoju hotelowym a Monika i Mariusz zaliczają glebę na sali gimnastycznej. Sprawnie wyrzucam klamoty z torby, marker w dłoń. Na ten moment czekałem z utęsknieniem całą jesień i zimę . Spoko, bez nerw…. trzeba opracować optymalne warianty napierania na poszczególne punkty ( przy założeniu że Kierat zaliczamy wspólnie z Moniką ). Trzeba wziąć poprawkę na jej stosunkowo niewielkie doświadczenie w biegach górskich, więc warianty przebiegów niech będą nieco dłuższe ale za to łagodniejsze no i w miarę możliwości jak najmniej cięcia na azymut. Po jakimś czasie do pokoju dociera Mariusz i Monika. Konsultujemy warianty napierania, wypracowujemy kompromisy…. .Czas startu zbliża się nieubłaganie. Wpadamy z Moniką na ciepły obiad do restauracji, ostatnie kęsy, ostatnie wątpliwości i rozterki. Każde z nas po obiedzie rusza się przygotować do biegu. Niezmienny rytuał wśród biegaczy, tańczę wokół swoich skarbów, jeszcze uzupełnienie camela, jeszcze sudocrem, jeszcze stuptupy i skarpety uciskowe, jeszcze…., jeszcze…. . W końcu, po wyczerpaniu wszystkich czynności związanych z przygotowaniami do startu, udaję się do muszli koncertowej w pobliskim parku gdzie w tym roku odbędzie się start Kieratu. Zalegam pod przygodnym drzewem i ciekawie się rozglądam, tu i ówdzie znajome twarze. Słyszę znajome głosy, Monika i Mariusz, przechodzą obok, cholera mało człowieka nie rozdepczą a nie zauważą…. strach myśleć jak będzie wyglądać nasza dzisiejsza nawigacja. Ostatnie fotki poszły na facebook’a, pojawiają się pierwsze lajki dla desperatów.
 
                 
Start. Niespiesznie, powoli. Zrazu maszerujemy ulicami Limanowej, później gdy jest nieco luźniej, rozpoczynamy wolny bieg. Z ponad siedmiuset osobowego tłumu zrobił się długi sznureczek różnokolorowych, biegnących lub maszerujących postaci. Mijamy cmentarz z okresu I wojny światowej, to już rogatki Limanowej. Zielonym szlakiem napieramy zgodnie na Kuklacz ( Pk nr 1 ). Od początku pilnujemy się wzajemnie abyśmy się nie pogubili w tłumie zawodników. Zbliża się ciepły majowy wieczór. Słońce z minuty na minutę chyli się coraz niżej. Docieramy do Kuklacza, odbijamy karty.
 
 
Biegniemy dalej, po przedarciu się przez gęstwinę szczytu napieramy w kierunku Okowańca ( 883 m ) , zastanawiając się głośno czy te górki obejść czy ciąć na azymut. Wybieramy drugą opcję. Monika jest świeżutka, więc mały azymut jej nie zaszkodzi, natomiast zaoszczędzimy kilkukilometrowego obejścia. Od czasu do czasu biegnąc w czołówce odwracam się do tyłu by się upewnić że nasz rodzynek jest z nami. Docieramy do Pk nr 2 ( Kicznia ), po Monice nie widać oznak zmęczenia, ruszamy dalej, musimy się przebić do Kamienicy. Jedyna rozsądna opcja to trochę drogami polnymi, troszkę na azymut poprzez Zbludzę docieramy biegiem w końcu do Kamienicy. W parku w okolicach dworku odbijamy Pk nr 3, uzupełniamy zapasy wody, chwila odpoczynku, kolejne zdjęcia poszły w świat… .
 
 
Z pogodnego wieczoru pozostały wspomnienia. To już noc. Monika zwiedza pobliski dworek, a konkretnie jedno pomieszczenie…. . Na zewnątrz w ogródku goście sączą piwo, rozmawiają, śmieją się. Komu w drogę temu czas. Wokół nas uformowała się mała grupka napieraczy  (autobusik ), wszyscy zgodnie biegniemy niebieskim szlakiem w kierunku Kleniny. Z uwagi na panujące ciemności kilka minut krzyczymy na zmianę z Mariuszem : „MONIKA!!?” po chwili wraca jak echo „JESTEM”. Takie hasło i odzew, dźwiękowe łącze między nami. Jeśli „JESTEM” jest jakieś ciche lub niewyraźne to zwalniamy aby nie zgubić naszego pisklaka. Gwiazdy cudnie rozświetlają niebo. Kasujemy Pk 4, dalej pociskamy niebieskim szlakiem w kierunku Gołych Wierchów ( 781 m ) , a za nami ciągnie autobusik, fajne, sympatyczne chłopaki. Po około 300 m od zejścia z niebieskiego szlaku : zonk, wpadamy w gigantyczne wiatrołomy.
 

 

W ubiegłym tygodniu w Beskidzie Wyspowym i Gorcach miejsce miał silne wichury, powalone zostały olbrzymie ilości świerków. Posuwamy się w tempie szarżujących ślimaków : krok do przodu, trzy w bok. Droga przez mękę. W pewnym momencie wpadam w nogami w głąb wiatrołomu, czujemy się jak mrówki w rozsypanych bierkach. Ściana. Nerwowe konsultacje z Mariuszem, szybka analiza mapy, z ukształtowania terenu wynika iż próba zejścia z grzbietu wiatrołomu w zbocze góry byłaby błędem. Grzbiet jest rozległy, porozdzierana wąwozami , strumieniami i żadnej alternatywnej drogi do Pk 5. Upieram się przy swoim; musimy przedrzeć się przez wiatrołom, nie tracąc kontaktu z drogą , która w tym momencie jest kompletnie zawalona kłodami powalonego lasu. Autentyczny bieg po „kłodkach „, a raczej czołganie po „kłodkach„, Monika hyca po powalonych drzewach niczym kozica, aż w pewnym momencie z pośród pni wystaje tylko jej głowa….. Zmieniamy nieco taktykę przemieszczamy się na południową część wiatrołomu, znaczna poprawa. Nie ma gigantycznego rumowiska świerków, jeden na drugim, tylko co kilka metrów powalony , lub złamany świerk. Można go obejść z lewej lub prawej ewentualnie przeskoczyć albo przecisnąć się pod pniem. Wokół ciemność i gdzieniegdzie widać posuwające się mozolnie postacie które w ciemności można skojarzyć z gigantycznymi świetlikami. Po jakimś czasie udało nam się przebrnąć przez wiatrołom, autobus się rozpędzał ponownie, od czasu do czasu było słychać „Monika!!?” i odzew „Jestem „. Jestem pewien że tej nocy imię Monika było najbardziej popularnym w Beskidzie Wyspowym.  Docieramy do Pk 5 ( Dybce ), odbijamy karty i w drogę. Popełniamy mały błąd nawigacyjny, wracamy się kilkadziesiąt metrów, ponowna pomyłka, znów kilkadziesiąt metrów. W końcu zbiegamy w dolinę Ochotnicy gdzie po mostku przedostajemy się na południowy brzeg potoku. Cała grupa rusza zgodnie wzdłuż Rolnickiego Potoku stronę Lubania (1211 m ). Przekazuję moje kijki trekingowe przygodnemu nabieraczowi , mi one niewiele pomagają , a raczej przeszkadzają , natomiast jemu łatwiej pociskać w górę. Na początku jest znośnie, nachylenie jest niewielkie, a droga do zaakceptowania. Niestety z czasem się to zmienia, Droga staje się jednym rumowiskiem głazów, które w pewnym momencie rozdziela się na dwa mniejsze. Rzut oka na mapę, pewności nie ma. Wokół ciemno, że oko wykol, tylko tu i ówdzie światła czołówek. Decydujemy kontynuować marsz  drogą w lewo. Po kilkudziesięciu metrach droga zamienia się w potok, za chwilę potok w drogę i tak kilkukrotnie. Nachylenie zbocza wzrasta znacząco. Grupa co kilkadziesiąt metrów zatrzymuje się, odpoczywa. Kucamy, siadamy na czym popadnie. Ponieważ jestem w czołówce grupy to z góry lepiej widzę, wygląda to niczym stadko przycupniętych gąsek w lesie. Od czasu do czasu hasło: „Monika!!?” , odzew : „Jestem „. W pewnym momencie krzyczę „Monika” , po chwili wraca Męski głos : „Jest, Jest”. Nieformalnie prowadzimy z Mariuszem tą grupę straceńców na Lubań i wszyscy doskonale wiedzą że bez Moniki nie ma Lubania. W końcu nieszczęsny potok kończy się rozległym źródełkiem powyżej którego biegnie równolegle do zbocza…. Wspaniała droga. Wychodzimy wszyscy na drogę. Jakbyśmy się ponownie narodzili, jesteśmy potwornie zmęczeni. Pozostaje zdobycie szczytu Lubania od wschodniej strony, zrazu zielonym szlakiem i w końcu na sam szczyt czerwonym szlakiem.

 

Po chwili jesteśmy na szczycie. Pk 6 odbity, postanawiamy odpocząć a z nami nasza nieformalna grupa. Ktoś pyta o sudocerm, mam, czemu nie, mnie też Paweł dwa lata temu uratował szlachetne pośladki, tym razem ja ratuję kogo innego. Chwila na przegryzienie czegoś, zmianę odzieży. Pytam Monikę: „Idziemy?”, jej odpowiedź : „Mogę iść!”, lecz z boku prośba „Jeszcze chwilę!”. Czekamy moment i ponownie zwartą grupą ruszamy tym razem czerwonym szlakiem w kierunku zachodnim, chciałoby się powiedzieć „zbiegamy” lecz zachodnie zbocze Lubania znów jest całe w bierkach.
 

 

Tragedii nie ma, sprawnie się posuwamy w dół, lecz z przeciwnej strony napierają całe chmary  zawodników którzy wybrali niebieski szlak jako miejsce napierania na szczyt Lubania. Nie dość że posuwają się w ślimaczym tempie, przez wiatrołomy w górę , to za chwilę, po odbiciu karty zrobią to w przeciwnym kierunku…. ogarnia nas współczucie. Mój sudocrem cieszy się niesłabnącym wzięciem.  Pomału noc traci swoją intensywność ( nasze latarki też ). Od wschodu na horyzoncie pojawia się blada smuga, która zwiastuje wschód słońca. Na jego myśl robi się nam na sercach cieplej. Z każdym kwadransem noc traci na intensywności i w okolicy Runka ( 1005 m ) możemy zapomnieć o potrzebie korzystania z czołówek. Po minięciu wspomnianego szczytu odbijamy w niepozorną drogą na północ, w kierunku Pk 7 ( Ochotnica Górna ). Bliskość punktu oraz światło dzienne światło  poprawiają nasze morale. Zbiegamy w kierunku wsi. Mariusz proponuje wariant cięcia przez łąkę, lecz o tej porze jest na niej gigantyczna rosa a i zysk z wariantu niewielki.

 

Docieramy do punktu, odbijamy karty, planujemy dłuższy odpoczynek. Po pierwsze uzupełnić wodę. Po drugie wypić coś ciepłego. Z rozpędu aplikuję sobie mix: woda, kawa, herbata, rosół i barszczyk. Do tej pory nie wiem jak to mój żołądek wytrzymał. Jest ok. Monika trzyma się dzielnie, a to już 51 km, robimy fotki i ślemy w świat. Dopiero teraz zauważam że z moich skarpet uciskowych zwisają marne szczątki ( 150 zeta w plecy ), jednak z drugiej strony ten compressport najprawdopodobniej uratował moją łydkę przed poważną raną. Po zakończeniu Kieratu dowiedzieliśmy się o tym iż jednego z jego uczestników, z poważnym urazem nogi zabrał z okolic Lubania śmigłowiec LPR. Niech szlag trafi ten wiatrołom…. . Jeszcze kanapka z szynką i w drogę. Na odchodne robię Monice herbatę i przemycam w niej cztery kostki cukru. Po małym nawigacyjnym zawirowaniu, posuwamy się nieco mniejszą grupą w górę, w kierunku Jaworzynki Gorcowskiej (1047 m), w pewnym momencie przystaję i odwracam się w kierunku napierającej z tyłu Moniki.
 
Zaniemówiłem……. , genialna panorama, słońce ledwo nad horyzontem, pięknie budzi pobliskie lasy, łąki i wsie, a w oddali cudowna panoram Tatr, takie widoki zostaną w naszych sercach na wiele lat.
 
                      
Pomału Monka zaczyna odczuwać zmęczenie, broń panie Boże kontuzja, lecz zmęczenie, posuwamy się wolniej, zwłaszcza na podejściach. W końcu docieramy w okolice Gorca ( 1228 m ), tu po krótkim odpoczynku przy źródełku, rozpędu nieco rozjeżdżamy się z zaplanowana marszrutą, drobna korekta kosztuje nas sporo wysiłku…. .
 
W okolicy Gorca ponownie ćwiczymy bieg przez „kłodki” , by w końcu na polanie Górc Kamieniecki odbić Pk 8. Monika ma wyraźny kryzys, nie co by stanęła i powiedziała : „Nie, dalej nie idę „ , lecz przypiekające słońce i przebyty dystans robią swoje. Mariusz niczym mamka aplikuje jej konsekwentnie kolejne porcje żeli energetycznych i nie odstępuje na krok. Obiegając górę Lanckorona docieramy do przełączy Przysłop, wspinamy się żółtym szlakiem w kierunku Myszycy ( 877 m ) . Na tym odcinku słońce dało nam nieźle w kość ( teren otwarty )
 
Zaliczamy kolejny Pk nr 9 ( Przełęcz Przysłopek ). Nasza grupa topnieje w oczach. Jedni odstają od nas, inni mając w tym momencie więcej sił prą naprzód. Poprzez Miznówkę ( 969 m ), Jasień ( 1062 m), Krzystonów ( 1012 m ) docieramy do przełęczy i zmierzamy do najtrudniejszego obecnie punktu , czyli wspięcia się na halę Mogielnicką ( 1100 m ), Monice oprócz, porcji żeli energetycznych aplikujemy kilka motywujących, męskich słów. Działa!, magia czy co ?. Bez zatrzymywania docieramy do PK 10.
            
Krótka narada z Mariuszem, ma pomysł aby nie wspinać się na Mogielnicę ( 1170 m), lecz sam szczyt obejść trawersem. Droga co prawda po rozległych krzewach jagód i liściastym lesie, lecz bez bezmyślnego parcia w górę. Monika akceptuje wariant, z minuty na minutę jej kryzys mija. Szerokim łukiem docieramy okolic rezerwatu Mogielnica i tu zaczyna się istne szaleństwo, Monika niejako wyczuwając bliskość mety, jak rasowy koń wyścigowy zrywa się do biegu, pociskamy, na przemian prowadząc, zbiegamy w kierunku Słopnic. W pewnym momencie przebiegamy przez potok. Łapiemy w locie wodę w czapeczki, i pełne wkładamy na głowy. Pełen odlot. Szkoda że nie mam zdjęć z tego epizodu. Wyprzedzamy kolejnych zawodników, którym paliwo się skończyło i z wolna drepczą w kierunku Pk 11. Biegiem wpadamy Słopnic i tu dylemat : sklep czy punkt?. Żołądek zwyciężył, wpadamy do pobliskiego sklepu : w pędzie łapiemy : cola, banany, żelki i co kto lubi.
 
Po chwili kasujemy Pk 11 , uzupełniamy wodę i w drogę. Do ostatniego PK 12 ( Tymbark ) wytyczyliśmy trasę wzdłuż potoku Słopniczanki, raz po prawej, raz po lewej stronie potoku. Wariant ten nieco wariacki, oszczędził nam masę wysiłku, by w konsekwencji doprowadzić nas do ujęcia wody w Tymbarku , czyli Pk 12. W pobliżu punktu napotykam zawodnika który kreci się nieporadnie, szukając od dłuższego czasu Pk 12. Wskazuję kierunek i po chwili wszyscy odbijamy po raz ostatni karty.
 
Limanowa w zasięgu wzroku. Wykrzesujemy z siebie ostatki sił. Odcinki zbiegów i odcinki płaskie pokonujemy biegiem. Teoretycznie jest szansa na złamanie 21 godzin. Przedzieramy  się przez Rysią Górę ( 642 m ), opodal której stoi olbrzymi metalowy krzyż, niczym gigantyczny piorunochron. Pogoda się załamuje, nieco kropi. Przed nami pociska dwóch znajomych ultrasów. Zbliżając się do przekroczenia DK nr 28 oni biegną na południe, zielonym szlakiem a my wybieramy wariant wzdłuż koryta Sowinki. Przekraczamy DK 28, jesteśmy w obrębie Limanowej, lecz do mety pozostało ok. 2 km . Biegniemy bez wytchnienia, Monika zbiera ostatki sił. „Siwy Brzeg” w zasięgu wzroku. Przekraczamy linię mety. 21 godzin i 6 minut. Jesteśmy szczęśliwi, pełna ekstaza radości, endorfiny szaleją.  Mama Huberta ( dołączył się do nas na Pk 12 ), robi nam serię pamiątkowych zdjęć.
 
 
Lokujemy się w pobliskim ogródku kawiarnianym. Dobiega dwóch znajomych zawodników którzy wybrali wariant dobiegu do mety zielonym szlakiem. Są zaskoczeni ; „Przecież myśmy biegli cały czas a wy jesteście o 3 minuty szybciej na mecie…..” . No cóż, są różne trasy aby dotrzeć do założonego punktu. Odpoczywamy, Mariusz załatwia piwko a Monika odlatuje… .
 
 
 
Leży niczym potargana, szmaciana lalka bez życia. Sprawiła się na medal, w sumie zajmujemy ósmą dziesiątkę w klasyfikacji ( na ponad siedmiuset zawodników którzy wystartowali ). Monika zajmuje ostatecznie 6 miejsce w klasyfikacji kobiet ( wystartowało około 80 pań ) co jest genialnym wynikiem, zwłaszcza że jest debiutantką. Nasz rodzynek powoli dochodzi do siebie, dłuższą chwilę odpoczywamy, rozmawiamy, sączy się piwko. Monika jest senna, mimo naszych nalegań idzie z Mariuszem na salę gimnastyczną, kąpią się. Monika idzie spać. Ja z kolei udaję się do biura zawodów, gdzie odbieram zgodnie z ustaleniami  moje kijki trekingowe ( mam nadzieję przyjacielu ze Ci się przydały ) i następnie do  hotelu. Szybka selekcja, brudna przepocona odzież i buty do foliowego wora, a sam pod natrysk. Cudowne uczucie zmyć z siebie pot i brud w ponad dwudziestojednogodzinnego biegu, obowiązkowo golę się i myję zęby . Zaczynam wyglądać jak człowiek. Przebieram się czystą odzież i schodzę na metę. Sączę kolejne piwko ( a co, należy się ! ). Po chwili dociera do mnie już nieco mniej sponiewierany Mariusz. Emocje nieco opadają. Po chwili podchodzi do nas jeden z pasażerów „autobusu”, stawia piwo w rewanżu za nocna nawigację ( honorowy gość ! ), ja przekazuje mój nr telefonu. Może zadzwoni, prześlę Mu wówczas zdjęcia robione na trasie. Cudowne klimaty po biegowe. Po chwili pracownik restauracji stawia przede mną kolejną butelkę piwa. Na mój zdziwiony wzrok wskazuje zawodnika z głębi ogródka. Już nie wiem czy to dowód wdzięczności za nawigację, kijki czy sudokrem. Nieważne, fantastyczna biegowa brać. Pomału dobiega dwudziesta, Mariusz się ulatnia, a ja udaję się na spoczynek do hotelu. Dzwoni Monika, nieco się wyspała i jest gotowa świętować swój wyczyn... Tyle ze ja jestem już w piżmie…. . Po chwili zasypiam kamiennym snem.
           
Rano, około siódmej niespiesznie poranna toaleta, pakowanie i około ósmej pakuję klamoty  do bagażnika samochodu. Idziemy na wspólne niedzielne śniadanko. Monika jest przeszczęśliwa, nic ją nie boli, nie ma zakwasów, nie ma otarć czy odcisków i w ogóle szczebiocze jak małolata, spotykamy Huberta i jego mamę. Nieśpiesznie celebrujemy niedzielne śniadanko. Około dziewiątej oficjalne zakończenie Kieratu 2014, rozdanie medali. Ostatnie fotki i zbieramy się w drogę powrotną zabierając ze sobą cudowne wspomnienia przeżytych wspólnie chwil a zostawiając tu swoje serca, w głębi duszy obiecując sobie, powrócić tu za rok na kolejny Kierat.

 

 



Naszą stronę odwiedziło już
4384435 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas