Menu

Artykuły


 

Rudawska Wyrypa 2014 w relacji Waldka Binkowskiego.

Na niczym spełzły moje zabiegi aby zmobilizować lokalną brać biegową do uczestnictwa w Rudawskiej Wyrypie ad. 2014. Jedni są przed, drudzy po zawodach, inni z kolei nadrabiają zaległości rodzinne ( długi weekend majowy ). W sumie zostałem sam, a szkoda ubiegłoroczna edycja zapadła mi głęboko w pamięci jako odjazdowy wyryp na orientację, w fajnym górskim terenie. Ale nic to, przecież nie będę grzał ławy. Nieco wcześniej z leszczyńską ekipą biegową dwukrotnie uczestniczyłem w pamiętnych wyjazdach w Karkonosze, więc jako taki trening, w nieco trudniejszym terenie miałem już zaliczony.

 

Krótkie przygotowania i pomimo iż za oknem sypie deszcz a temperatura jest zadziwiająco niska, twardo pakuję plecak ( oby czegoś nie zapomnieć ! ). Wczesnym rankiem (5,30), ruszam z Leszna, nie jest dobrze, powiedziałbym że jest paskudnie, lecz nie ma co wymiękać i jak to zwykła mówić swego czasu moja Pani od geografii pogoda jest zawsze, tylko nie zawsze nam ona pasuje. W okolicy Legnicy deszcz przestał padać, natomiast dojeżdżając do Kaczorowa stwierdziłem, że takie białe na trawie to…. śnieg. Będzie się działo.

      

Baza zawodów tak jak poprzednio tzn. w szkole w Łomnicy, nieco na południowy zachód od Jeleniej Góry. Weryfikacja szybko i sprawnie, Ze spokojem rozpoczynam tradycyjny rytuał przygotowań i zderzam się odwiecznym dylematem w co się ubrać. Zakładam wariant optymistyczny tj. że będzie lepiej niż jest teraz, wychodzi na to że trafiłem połowicznie, co prawda nie lało ale za to temperatura…. (o jak dobrze ż zabrałem rękawiczki). Odprawa techniczna i na 15 minut przed startem rozdanie map. Terenem naszych zmagań są urokliwe Rudawy Janowickie które mając pod bokiem grzbiet Karkonoszy są traktowane przez turystów nieco po macoszemu, lecz to że są niższe to nie oznacza że mniej dostaniemy w kość . Szybkie szkicowanie marszruty i o godzinie 9.00 start. Na trasę ruszyło 99 śmiałków, zrazu zwartą grupą , z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej rozciągając kolumnę.  Napieramy południowa stroną Bobru, zrazu drogą asfaltową, następnie szutrową i w końcu poprzez Bobrów docieramy do gór Sokolich, przede mną około dwudziestu zawodników, większa grupa uderza zielonym szlakiem lecz kilka osób z rozpędu omija masyw gór od południa i to jest kiepski wariant…. Bez większych problemów zaliczamy pierwszy PK (Sokolik Duży), aczkolwiek szukając lampionu kręcimy się solidarnie jak miśki i w końcu okrzyk ….JEST!. PK2 to położona w pobliżu Krzyżna Góra (655 m), i znów zgodnie przeczesujemy krzaczory. Kolejny PK to w sumie jeden z łatwiejszych (sędziowski punkt startowy do odcinka specjalnego zlokalizowanego w najbardziej malowniczej części Rudaw Janowckich tzw. Szwajcarka) Mapka BNO w skali 1:15 000, co prawda z przed dziesięciu laty….. .Szybka analiza, marker w dłoń (aby nie daj Boże nie ominąć jakiegoś punktu). Wszyscy się rozpierzchli. Pierwszy z brzegu S02 i kolejny S04, żadnych kłopotów. Docieram do kolejnego PK : S01 , pomimo iż mam pewność iż jestem we właściwy miejscu , to punktu nie ma. Chwila buszowania za zboczu : jesttttt. Wychodzi na to iż wzrok już nie ten , latka lecą . Następny do skasowania to S07 , mały odlot w kosmos i równie szybki powrót, na ziemię. Ogólnie fajnie jest, tylko jakby w stopy coraz zimniej (o suchych butach można było zapomnieć z chwilą startu na OS), z rzadka, tu ówdzie widać pojedynczych zawodników atakujących wybrane punkty. Przy S11 (Pieklisko) lekko się wkurzyłem, widoczność kiepska, mleko leje się zewsząd i znajdź tu lampion, a one tyci tyci. Nie daję za wygraną, prawie zderzam się z przypadkowym zawodnikiem , chwile później odszukujemy PK, na odchodne proszę Go o zrobienie zdjęcia i …. komu w drogę, temu kompas. Kolejny PK to S12 trafiony, zatopiony. S09 to już inna para kaloszy albo obejść gościa od wschodu (wspinając się warstwicami) , albo od zachodu fajną ale nieco dłuższą drogą , wybieramy wariant drugi. Po S09 kolej na S10, rzut beretem dalej. Kolejny to S08 którego z rozpędu biorę z przygodnym nabieraczem od wschodu za cenę żmudnej wspinaczki. Pozostają ostatnie trzy PK OS.
 
         
 
Zbiegając z S08 przestrzeliłem i muszę z powrotem napierać na punkt który jest szczycie stożka, w końcu S03 zaliczony, S05 ( w połowie podejścia na szczyt ), niby blisko i punkt szybko skasowany, lecz naparcie na ostatni PK to istna mordęga, wychodzi na to iż to cholerstwo lepiej przeskoczyć niż obejść. Teoretycznie łatwo, lecz w praktyce nie ma żadnych ścieżek , a góra pokryta jest gęstymi krzaczorami, wśród których buszuję z mozołem…. . Ostatni punkt w OS to S06, zaliczony prawie przypadkowo, przy okazji, po przebiciu się przez wspomnianą gęstwinę. Pozostaje namierzyć i skasować PK 4, będący końcem OS, z rozpędu tnę na azymut, wszystko się zgadza, a tej cholery nie ma, schował się czy co, zabawa w kotka i myszkę, minuty uciekają a lampionu jak nie było tak nie ma.
 
Tracę cierpliwość, metodycznie przeczesuję teren i nagle EUREKA!! , jak to zwykle bywa, azymut wypadł idealnie, lecz nie wiedząc czemu szukałem lampionu na północy a on sobie stał w zasięgu wzroku !!, w kierunku odwrotnym od poprzedniego.Kasuję skubańca w biegu i pośpiesznie podążam w kierunku Janowic Wielkich, czyli PK 16 ( szkoła ).
Na miejscu chwila odpoczynku, małe co nieco, kawusia i załatwiam mój dzisiejszy ciężar czyli kijki trekingowe. Zupełny niewypał, są pomocne w trekingu ale nie na orientację, kijki w dłonie a mapa i kompas gdzie, w zęby . Nie, to się nie sprawdza. Życzliwy uczestnik TP 50, który zakończył na tym etapie imprezę deklaruje je zawieźć do bazy ( Łomnicy ) i pozostawić w biurze zawodów. Pośpiesznie wyruszam z przepaku na poszukiwanie punktu PK 18, trasa prosta, długa, lecz męcząca. Na bieg w pewnych odcinkach za trudno, na marsz za łatwo. Szczęściem podążam z nieznajomym uczestnikiem wyrypy, podążamy więc wspólnie, w końcu zaliczając PK 18. Była to już bodaj szósta godzina trwania zawodów, więc powoli odczuwałem zmęczenie, mój towarzysz również. Do zaliczenia kolejny punkt kontrolny czyli 18 i…… Z razu wszystko ok., lecz później nic się nie zgadzało, czeski film. Niby prosty przelot a tu klops. Dosłownie czarna dziura, tracimy poczucie czasu i przestrzeni. Do tej pory nie wiem co pop… śmy. Jakby ktoś bieguny kompasu pozamieniał. Hallo, Houston mamy problem. Kręcimy się niczym Kubuś Puchatek koło garnka z miodem. To kręcenie poszło nam tak skutecznie, że wylądowaliśmy w końcu ok. 3 km od celu i wówczas zorientowaliśmy się gdzie jesteśmy. Nie pozostało nic innego jak żwawo napierać. Z niewątpliwej głupoty zamiast latarki postanowiłem zabrać aparat fotograficzny (co z kolei przysporzyło mi dodatkowych problemów), poprzez co miałem przymusową motywację do szybkiego zaliczania kolejnych punktów kontrolnych. Zerkając przez ramię stwierdzam, że towarzysz, mojej miejmy nadzieję czasowej nawigacyjnej niemocy pozostaje coraz bardzie z tyłu….. Docieram do ostatniego punktu sędziowskiego PK 19 i bez zbędnego ociągania ruszam samotnie w poszukiwaniu PK 20. Przed osiągnięciem punktu zrobiło się nieco tłoczno, poprzez co znacznie łatwiej było odszukać ukryty w rozwidleniu strumieni (strumyczków!) lampion.
 
    
 
Robi się w lesie straszno i wcale nie śmieszno. Podczepiłem się do dwójki napieraczy, zrazu pytając oczywiście, czy mają latarki. Droga do PK 20 łatwa i prosta. Zgłodniałem nieco , wiec sięgam w biegu po żelazną porcję energii czyli sneakers’a, droga prosta, przebieżna i w dodatku w dół. Pierwszy kęs: kurde no nie,  autentyczna cegła, nie ma co się dziwić, przeleniuchował ostatnie godziny w kieszonce bezrękawnika, a tu nie wiedzieć czemu początkiem maja temperatura w porywach do pięciu stopni (całe szczęście że w plusie). Bez zbędnych problemów łapiemy PK 21, do którego dociera równocześnie inna grupa , która wybrała nieco inny wariant zaliczenia tego punktu.
Wszyscy jak jeden po odbiciu karty wybierają zachodni kierunek napierania. Robię odruchowo kilka kroków za nimi i…… staję , szybka analiza mapy, nie, to się nie opłaci. Wybieram inna opcję, kierunek północny, a następnie zachodni, omijając w ten sposób napieranie w górę , w dodatku po bezdrożach.
 
   
 
Już po kilkudziesięciu metrach wiedziałem że to dobry wybór, po ok. 500 biegu nieco w dół docieram do urokliwej wioseczki Grószków, pod stopami  mam wiejska drogę asfaltową, ciągnącą się wąską doliną w dół. U moich fellraiserów jakby wyrastają skrzydełka. Na końcu wsi skręcam w szutrową drogę, niezbyt uciążliwą, więc sobie żwawo truchtam. Niejako przy okazji potykam się o lampion PK 22. W sumie przypadek (napieranie po rozległej łące), nieźle namęczyłbym się gdybym zaliczał punkt z innego kierunku. Pozostaje do zaliczenia ostatni punkt. Trasa nie jest trudna, lecz pomału zmierzcha.
 
Po przedarciu się przez rozległą , podmokłą łąkę (dzięki Ci Panie za stuptuty), przebiegam szosą asfaltową ok. 500 m i skręcam na północ. Dochodzi 19:00. O rzut kamienia dalej, w Pecu pod Śnieżką, moje sympatyczne leszczyńskie towarzystwo, przy kolejnych piwach bajeruje co ładniejsze dziewczyny, a ja tu sam jak palec…… Bez problemów znajduję ostatni PK23 i pociskam w kierunku Łomnicy. Dobieg prosty i łatwy. Nieco przed 20:00 docieram do bazy. Szybka kąpiel, posiłek. Z klasyfikacji wynika, że nie jest tak tragicznie. Zostałem sklasyfikowany na 13 miejscu, w mojej kategorii wiekowej 2. Chyba nie jest źle (z naciskiem na słowo CHYBA). Nie czekam na zakończenie. Pozostaje najtrudniejsze:  wrócić samochodem cało po pokonaniu w sumie 65 km z buta, w górzystym terenie, do domu, w objęcia stęsknionej żony i czekających u progu Kajtka i Rysia.
Pozostaje masa wspomnień i niekończące się analizy mapy, gdzie tu spieprzyłem sprawę, ale nie to jest najważniejsze. Ważne jest to żeby się zużyć, a nie zardzewieć, najlepiej w odjazdowych klimatach (czego doświadczyłem) i z odpowiednim towarzystwem, czego niestety w tym przypadku zabrakło (widocznie nie wszystko można mieć) . Ale nic, następnym razem będzie może lepiej- i tego się trzymajmy.
 
Waldek
 
 

 



Naszą stronę odwiedziło już
4443304 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas