Menu

Artykuły


 

Relacja z biegu Wings For Life - autorstwa kolegi Szymona Kuźniaka

Rozmach organizacji biegu Wings For Life World Run może budzić podziw. Ogarnąć 35 000 biegaczy to może nie jest jakiś szczególny wyczyn, co udowadniają organizatorzy chociażby maratonu w Berlinie (40k biegaczy), czy Nowym Jorku (50k biegaczy), ale jeżeli rozlezą się oni po całym świecie to już zaczyna być spore wyzwanie logistyczne. Jak sobie poradzili z tym organizatorzy niedawnego biegu?
 
Standardowo, jak na innych biegach poza granicami powiatu, zdałem się na koneksje przy odbiorze pakietu, więc o tym aspekcie trudno mi coś napisać. Podobno można było spotkać naszego Orła z Wisły, który był ambasadorem biegu i przechadzał się po obiekcie, reklamując głównego sponsora (i pewnie pozując do setek zdjęć).
Pakiet startowy był dosyć spory, chociaż po rozpakowaniu nie powalił na kolana. Oczywiście znalazł się w nim numer startowy, i bony na posiłek. Szkoda, że bony nie były zintegrowane z numerem, bo trzeba było je targać ze sobą, żeby skorzystać, więc nie skorzystałem, bo zostały w worku. Z tekstyliów koszulka, ale bez szału, bo bawełniana i bandana, która na razie będzie chyba robić za frotkę, a zimą będę szpanował na mieście gustowną maską. Ponadto woda z logo TVN24, jakiś izotonik (nie pijam, to nawet nie zarejestrowałem jakiej firmy) no i oczywiście puszka Red Bulla, który był głównym sponsorem imprezy. Ale nie sprawdzałem, czy doda mi skrzydeł.
 
Na Malcie pojawiłem się wyjątkowo szybko, zwłaszcza w porównaniu z ostatnim półmaratonem. Chwilę postaliśmy z kolegami z firmy, szybka fota na firmowy fanpejdż i można było przemieścić się do strefy startowej. Stref nikt nie pilnował, więc mogłem sobie awansować o jedną, bo akurat tam ustawili się Maras i Marek, z którymi planowałem biec. Cele nie były zbyt ambitne, bo żaden z nas nie grzeszył ostatnio regularnością treningów, więc uznaliśmy, że 5:30 na kilometr to będzie wykonalny plan. 20 minut do startu minęło w rytmie rozgrzewki i śpiewania „Polska, Biało Czerwoni!”, kiedy akurat załapaliśmy się na transmisję z Poznania, albo podziwiania tysięcy biegaczy w pozostałych miastach.
 
W końcu, punktualnie w południe, padł sygnał do startu. Ponad tysiąc biegaczy ruszyło znad Malty, trasą dookoła Poznania, żeby po 10 kilometrach skierować się w stronę Gniezna. Co do trasy i organizacji można mieć pewne zastrzeżenia, bo przebiegała ona w taki sposób, że sparaliżowała całe miasto, a fakt, że ulice pozamykane były już godzinę przed startem wcale poruszania się po mieście nie ułatwiał. Skoro trasa miała być widokowa, to powinniśmy od razu uciekać z miasta.
No ale to już nie było moje zmartwienie. Kierowcy byli nastawieni raczej przyjaźnie, inwektyw nie słyszałem, raczej radosne trąbienie i machanie z samochodów. Przy trasie stało sporo ludzi, którzy kibicowali i zagrzewali do biegu. Co prawda oprawa biegu nie może się równać z półmaratonem, kiedy publiczności na trasie było naprawdę sporo, ale i tak byłem pozytywnie zaskoczony. Nawet po wybiegnięciu z miasta, w miejscowościach na trasie, lokalsi dopingowali biegaczy.
Sam bieg był fajnie zorganizowany, bufety były szerokie i nieźle zaopatrzone, nie widziałem, żeby dla kogoś zabrakło wody, albo banana. Dyskusyjny pozostaje fakt, że do picia był między innymi Red Bull z wodą, bo to chyba nie jest napój na bieg, ale nikt nikogo do niczego nie zmuszał, a kubki były nieźle oznaczone. Wolontariuszy było sporo i sprawnie podawali napoje i jedzenie. Ja w każdym bądź razie poszkodowany nie byłem.
 
Ciekawiło mnie w jaki sposób rozwiązana zostanie sprawa biegaczy, którzy zakończyli swoje zmagania, ale i ten aspekt był nieźle zorganizowany. Co kilka kilometrów podstawione były autobusy i chyba nikogo nie zostawili w szczerym polu. W autobusach były folie termiczne, a przynajmniej w tym, którym nie pojechaliśmy (mieliśmy własny transport), a te były całkiem przydatne, bo nawet bez utraty prawie 2000 kalorii było zimno. Po medal trzeba było pofatygować się nad Maltę, gdzie można było coś zjeść i to chyba był koniec atrakcji. Nie da się ukryć, że pogoda nie była raczej nastrajająca do zabawy na świeżym powietrzu, ale też chyba nie było żadnych atrakcji przygotowanych. Ja odebrałem swój medal i szybko uciekłem do samochodu, bo było mi strasznie zimno, a jak już powiedziałem, nie jechałem autobusem, więc nie dostałem folii.
I to był w zasadzie koniec biegu dla mnie. Wróciłem do znajomych, gdzie dokończyłem oglądanie zmagań reszty zawodników w telewizji.
Ogólnie idea biegu i samo wykonanie, było bardzo fajne, ale jest kilka ale.
 
Po pierwsze to forma biegu nadaje się na wyśmienitą zabawę, ale kompletnie ssie w kwestii dokładności. Co może mieć znaczenie przy rozstrzyganiu o zwycięstwie. Różnice między pierwszymi trzema miejscami liczone były w dziesiątkach metrów. Kto zagwarantuje, że samochody jechały idealnie tym samym tempem?
Po drugie, to można było zadbać o ciekawszą oprawę. Na całej trasie stał jeden samochód, z którego sączyła się muzyka. Co szkodziło postawić kilka takich aut? Albo zatrudnić parę zespołów, żeby poszarpali struny. W perspektywie kosztów całej imprezy, to już nie byłby większy wydatek, a efekt byłby świetny (do teraz pamiętam mnichów grających „Highway to hell” w okolicach ósmego kilometra na połówce).
 
Po trzecie, to trasa mogła by mniej paraliżować miasto, skoro była reklamowana jako trasa widokowa. Podejrzewam, że sporo osób nie zdążyło nawet wybiec z Poznania, kiedy dogonił ich samochód-meta. Poza tym, żeby zobaczyć widoki, to trzeba było mieć naprawdę niezłą kondycję, bo nawet po wybiegnięciu z miasta biegliśmy krajową piątką. Chyba tylko nieliczni biegacze z czołówki zbiegli z niej w bardziej malownicze okolice.
 
Po czwarte, to niestety razi klimat pobiegowy. Patrząc na zdjęcia, to można wywnioskować, że w biegu brali udział ambasadorzy (Małysz, Sadowska, Skarżyński), prezydent Poznania, zwycięzcy i Spratanie. Foto relacja jest mega profesjonalna i świetnie przygotowana i sam bym wybrał te osoby na wypieszczone zdjęcia do relacji. Ale biegło nas ponad tysiąc osób i fajnie było by zobaczyć się gdzieś na stronie, żeby móc pochwalić rodzinie i znajomym. Z innych biegów bez problemu można znaleźć swoje zdjęcia, a tutaj graniczy to z cudem. No chyba, że pośpieszyłem się z osądem i niedługo zostanie opublikowana jakaś mega galeria. To bardzo przepraszam.
No i na koniec medal, bo to już kwestia gustu, ale mi się nie podobał. Wolę takie jednokolorowe, chyba że ręcznie lepione z plasteliny.
 
Impreza, jak na pierwszy raz, była całkiem udana. Jest sporo rzeczy do poprawienia, ale liczę, że przed nami jeszcze niejedna edycja, zwłaszcza, że cel jest szczytny. W tym roku, co jest godne podkreślenia, 35 000 biegaczy uzbierało 3 000 000 euro, które zostaną przeznaczone na badania, nad urazami rdzenia kręgowego.
 
SZYMON KUŹNIAK

Biegający ojciec i maratończyk. A do tego z zapędami do pisarskimi. Właściciel biegowego bloga: http://www.mojmaraton.pl,



Naszą stronę odwiedziło już
4384394 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas