Menu

Artykuły


 

I Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego - Relacja Łukasza Wróbla

 wersja pdf

 

O biegu.

Zimowy Ultramaraton Karkonoski odbył się 8 marca 2014 roku. Trasa biegu liczyła 52 km i przebiegała przez cały grzbiet Karkonoszy. W imprezie uczestniczyło 150 zawodników (posiadających doświadczenie w długotrwałych biegach górskich), którzy mieli do pokonania odcinek z Karpacza przez Przełęcz Okraj na Śnieżkę, dalej przez Przełęcz Karkonoską Śnieżne Kotły i Halę Szrenicką do Polany Jakuszyckiej. Limit czasu na pokonanie całej trasy wynosił 13 godzin. Zimowy Ultramaraton Karkonoski to bieg im. Tomka Kowalskiego, który sam był ultramaratończykiem, zapalonym sportowcem, alpinistą.
 
Dzień przed.
Do Karpacza i biura zawodów dotarłem w raz z przyjaciółmi (uczestnikami biegu) na czas, a raczej na ostatnią chwilę tj. na godz. 19:00, o której to miała się odbyć obowiązkowa odprawa techniczna. Podczas odprawy zaprezentowano szczegółowy przebieg trasy, omówiono newralgiczne i trudne odcinki, przedstawiono prognozy pogody i sprzęt obowiązkowy, który następnego dnia przed startem ma być weryfikowany. Po odprawie wyświetlono film o Tomku Kowalskim. Opowiedziany przez jego przyjaciół przedstawił historię Tomka i jego pełnego wyzwań i przygód życia. Pozytywny przekaz z ekranu udzielił się uczestnikom i pomimo późnej pory wszyscy bardzo ciepło przyjęli film. Po projekcji była rejestracja, następnie szybkie zakupy i zameldowanie na miejscu spoczynku. Do snu układaliśmy się ok. godz. 23:00, a pobudka przewidziana została na godz. 03:00.
 
Dzień Startu.
Jak się wstawało? No cóż każdy może sobie wyobrazić jak się czuje człowiek wyrwany w środku nocy po 4 godz. snu…ale obyło się bez tragedii, chyba wszystkim nam udzieliła się już pozytywna atmosfera i dość już mieliśmy wyczekiwania. Na śniadanie herbata, jajecznica i pieczywo. Przynajmniej dwukrotne sprawdzenie niezbędnego i obowiązkowego sprzętu i obowiązkowa wizyta w toalecie. O 04:00 rozpoczęła się kontrola i dokładna weryfikacja obowiązkowego sprzętu, w którego skład wchodziło: ubezpieczenie na wypadek akcji ratowniczej na terenie Czech, ubiór dostosowany do zimowych warunków pogodowych, luza typu polar lub dodatkowy ocieplacz, kurtka wodoszczelna/wiatroodporna z długim rękawem, 2 pary rękawiczek, czapka, plecak lub nerka biegowa, czołówka, para ogrzewaczy chemicznych, pojemnik na wodę o pojemności przynajmniej 1 litra, telefonu komórkowy, dowód tożsamości, folia NRC, gotówka, gwizdek, bandaż elastyczny i opatrunek jałowy, czerwone światło migające, numer startowy, mapa trasy. Brak którejkolwiek z wymienionych rzeczy powodował niedopuszczenie do zawodów. Kiedy do startu pozostało ok.20 min. Część zawodników tłoczyła się jeszcze w holu DW Mieszko, w którym była baza zawodów. Od startu dzieliło nas ok. 300 m, które przeszliśmy spacerkiem. Karpacz pusty nocą, oświetlony latarniami, na jego ulicach tylko my tj. grupa 150 biegaczy, obsługa trasy oraz grupka kibiców i znajomych. Po paru minutach zaczęło się odliczanie…wybiła godz. 05:00…. Zaczęliśmy szybko, pewnie za szybko, ale o tym przekonam się w drugiej połowie biegu. Tak jest zwykle gdy rozpocznie się zbyt szybko, ale cóż, czułem się dobrze przygotowany, zimę dobrze wybiegałem, a bieg będzie bardzo dobrym sprawdzianem przed kolejnymi imprezami na dłuższych dystansach. Przez głowę przedzierały się strzępy myśli… już tyle razy wizualizowałem sobie ten bieg, wyczekiwałem i odliczałem kiedy to będzie, a tu proszę włośnie się zaczęło….wspaniałe uczucie przepłynęło przez całe ciało. I choć wiedziałem, że nie będzie łatwo, to na to właśnie czekałem - podobnie jak 150 osób biegnących wokół mnie. Szybko zamieniamy asfalt na drogę szutrową, a potem na leśny szlak. Biegnę z przodu, w grupie nadającej ton całemu biegowi. Gdzieś w połowie dystansu pomiędzy Karpaczem, a Kowarami rozpoczął się zbieg kamienistym dość trudnym odcinkiem, w którym dobre światło
z czołówki było niezbędne. Okazało się, że moje akumulatorki były zbyt słabe, żeby dobrze oświetlić to co miałem pod nogami. Musiałem zwolnić, grupa liderów uciekła mi bezpowrotnie, do tego wpadłem obiema nogami do potoku – niezły początek….
Przed Kowarami, a w zasadzie nad nimi, bo tak wiedzie trasa, z powrotem wbiegamy na asfalt, nachylenie umożliwia szybki zbieg. Tu nikt na nikogo nie czeka i nie ma zostawania w tyle, tu trzeba ostro przebierać nogami. W tym czasie słońce już powoli wstawało i światło czołówki nie było już potrzebne. Pomimo to wiele osób na metę dobiegnie z lampką na czole – co świadczy o tym, że te osoby nie chciały marnować czasu na dodatkowe ściąganie plecaka i tego typu operacje. Spojrzałem na zegarek – ok. 47 min. biegu – jest dobrze, albo raczej szybko…wiedziałem jednak, że najtrudniejsza część trasy jest dopiero przede mną. A kluczowe będzie dotarcie na Śnieżkę, z wystarczającym zapasem energii pozwalającym na w miarę szybkie pokonanie kolejnych odcinków (taka oto była moja prosta taktyka).
Śnieg na dobre zaczął się od Kowar w drodze na Okraj. Po dotarciu na Okraj (15 km) zrobiło się chłodniej, tu był zlokalizowany pierwszy punkt odżywczy. Był to pierwszy i ostatni punkt, z którego korzystałem na trasie (pozostałe były jak dla mnie zbyt oddalone i wiązały się ze stratą czasu, wypracowanego z niemałym trudem). Zaczęło gwałtownie wiać i dłonie pomimo rękawiczek polarowych musiałem dodatkowo rozgrzewać. Choć w moim odczuciu temperatura spadła zdecydowałem, że kurtkę założę dopiero jak zrobi mi się naprawdę zimno – do tego czasu biegłem w koszulce z długim rękawem, spodniach biegowych, chuście na głowie i rękawiczkach, pozostałe elementy wyposażenia miałem w plecaku. Podczas treningu przeprowadzonego na trasie biegu 3 tygodnie przed startem warunki były
zdecydowanie bardziej zimowe (co sprawiło, ze przeprowadziłem testy kilku warstw odzieży.
Auta była dla biegaczy od samego początku bardzo sprzyjająca, warunki na trasie jak na tę porę roku - wręcz idealne, co zdecydowanie wpłynęło na szybkie tępo biegu, pewnie trudno będzie pobić wykręcone czasy. Pogoda jak to określiła jedna z biegaczek „żyleta”. Więc czego chcieć więcej – chyba dobrego wyniku. Sam udział w biegu był wyzwaniem, walką z samym sobą i bardzo wymagającą trasą. Podczas rejestracji i na starcie patrząc na zawodników widać było, że nie ma tu przypadkowych osób i nie zabrakło także czołówki z górskich biegaczy. Z Przełęczy Okraj biegniemy, żółtym szlakiem po stronie Czeskiej, przebiegamy w poprzek stoku narciarskiego (na szczęście o tej godzinie jeszcze zamkniętego) i kierujemy się w stronę schroniska Jelenka. Ten odcinek był dość wymagający, w pamięci miałem go zapisanego jako nieco krótszy, ale cóż pamięć potrafi płatać figle. Tu minęło mnie trzech mocniejszych biegaczy, których przez dłuższą część miałem w zasięgu wzroku. Potem spotkałem ich dopiero na mecie. Z uwagi na oblodzenie zdecydowałem się na założenie raczków, które do Śnieżki spisywały się dobrze. Na śnieżce raczki, które bardziej są przeznaczone do turystki niż do biegania, zaczęły protestować i najpierw jeden, a potem drugi spadł mi z buta. Nie było czasu na zatrzymywanie się i poprawianie, więc ze Śnieżki zbiegałem już bez kolcy pod stopami. Odcinek ze Śnieżki do Domu Śląskiego był wg. mnie szczególnie niebezpieczny ze względu na lód pokrywający trasę. Dla części biegaczy łańcuchy były jedyną ochroną przed upadkiem. Cały czas trzymając łańcuchów, parę razy kontaktowałem się z ziemią raz pośladkami, innym razem łokciem. Dom Śląski (24 km), tu był międzyczas dla połowy dystansu. Pozbyłem się raczków trzymanych w ręku, a także zdjąłem z głowy zbędną czołówkę. Tu już można było sobie pozwolić na szybsze tempo i sporo nadrobić. Dla mnie ta część trasy była najlepsza pod względem utrzymania tempa biegu. Biegłem sam, co jakiś czas daleko przed sobą widziałem kolegów. A dookoła niesamowite widoki, nawet nie jestem w stanie przekazać słowami tego cuda. I tu muszę podkreślić, że biegając po górach, pomimo biegu obrazy są bardzo żywe. Podczas wysiłku doznania estetyczne są bardzo silne. Nie mamy klapek na oczach – w moim przekonaniu piękno otaczającej przyrody jest dla biegaczy tak samo istotne jak np. dla turystów (mogących sobie pozwolić na przystanki ) – my kontemplujemy w samotności. Odrodzenie (32 km) – mijając schronisko, które znikało gdzieś za moimi plecami, oceniałem własne samopoczucie – i jak na razie nie czułem znużenia trudami biegu, tj. czułem się dobrze i chyba właściwie rozłożyłem siły.
Przedemną wspinaczka ok. 300 m przewyższenia by osiągnąć Śnieżne Kotły. Ten stosunkowo krótki odcinek kosztował mnie sporo sił. Trasa wiedzie szlakiem zimowym obchodzącym Stację przekaźnikową z lewej strony. W śniegu co jakiś czas pojawiały się głębokie dziury, wpadnięcie nogi do takiej dziury mogłoby skończyć się kontuzją lub nawet złamaniem. Od Śnieżnych Kotłów już tylko w dół, minąłem symboliczny dla mnie punkt po którym wiedziałem, że będzie z górki i dosłownie i w przenośni. Muszę przyznać, że czułem się jak „wypluty irys”, ale zmotywowany zmobilizowałem się do wysiłku i pognałem ile sił „szeroką ceprostradą” na Halę Szrenica (45 km) - wesołe okrzyki z punkt odżywczego zlokalizowanego na tarasie Schroniska zachęcają do wzmożonego wysiłku. Po chwili giniemy w lesie i podążamy zielonym szlakiem w kierunku Jakuszyc. Tego odcinka się trochę obawiałem, ponieważ podczas wcześniejszych treningów tu właśnie kluczyłem nie mogąc znaleźć przykrytej śniegiem właściwej trasy. I tym razem Organizacja nie zawiodła, tutaj tak jak na całej trasie były widoczne trasery oznaczające kierunek biegu. Doganiam jednego z fighterów, któremu wcześniej ustąpiłem miejsca. Wymieniliśmy kilka zdań. Zabrakło mu glukozy i ostatnią część trasy pokonał na biegu jałowym. Podczas zbiegu zaczęło mi się już trochę dłużyć, liczyłem, że za kolejnym zakrętem lub kolejną przeszkodą będzie już widać szosę. Trasa jednak nie miała zamiaru się tak szybko skończyć, a ja im więcej miałem km w nogach tym bardziej odczuwałem beton zmrożonego śniegu i lodu. Ale czułem się szczęśliwy. Po drodze spotkałem jeszcze dwie dziewczyny informujące o właściwym przebiegu trasy, która już faktycznie powoli dobiegała do końca. Jest…widzę zabudowania, po chwili minąłem budynki, przebiegłem szosę i odbijając w lewo biegnę już w kierunku Polany. Śniegu już nie było, za to usłyszałem, że do mety mam jeszcze 300 m…ach ci żartownisie, tych metrów było trochę więcej. Jestem szczęśliwy, to już ostatnie metry tego wspaniałego i bardzo udanego zimowego ultramaratonu. Na metę docieram jako 11 (open) z czasem 05:21:12. Organizatorzy zachęcając do udziału w imprezie na stronie pisali m.in. ”Będzie zimno, będzie ciężko, będzie fantastycznie!” – wszystko okazało się prawdą…z przewagą fantastycznie. Na koniec cytat T. Kowalskiego: „był to kawał naprawdę dobrej, niewiarygodnej, nikomu niepotrzebnej roboty”. To co w Zimowym Ultramaratonie było bardzo widoczne i dało się odczuć od samego początku, to fakt, że ta impreza jest tworzona przez przyjaciół i rodzinę Tomka Kowalskiego. Imprezę obsługiwało 80 wolontariuszy składających się właśnie z jego znajomych. Byli oni obecni podczas wydawania pakietów startowych, podczas sprawdzania sprzętu, na punktach kontrolnych i punktach odżywczych, pomagali
na trasie oraz zabezpieczali jej trudne odcinki – byli wszędzie tam gdzie być powinni. Impreza była bardzo dobrze przygotowana, zarówno pod względem organizacyjnym, logistycznym (lokalizacja i obsługa punktów), zabezpieczenia trasy, zapewnienia  bezpieczeństwa (obsługa GOPR), a także medialnym.
Do zobaczenia w kolejnych edycjach…
 
http://ultramaratonkarkonoski.pl/

 



Naszą stronę odwiedziło już
4443320 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas