Menu

Artykuły


 

Krioterapia domowym sposobem, czyli jak zostaje się Morsem.

Za młodego chłopaka woda to był mój żywioł. Ciągnęło mnie do niej bo dawała mi poczucie niesamowitej wolności. Ruch w niej, a szczególnie nurkowanie dają, namiastkę stanu nieważkości, natomiast duża jej lepkość spowolnia ruchy, do tego stopnia, że ma się wrażenie jakby zatrzymywał się czas. Od zawsze było to dla mnie magnesem, szukałem w pływaniu spokoju i wytchnienia od codziennych spraw, nauki czy w późniejszym czasie spraw zawodowych. Z wiekiem jednak moja miłość do kąpieli mocno osłabła, powiedział bym że nawet całkowicie wygasła. Znalazłem inne sposoby na stres i aktywny wypoczynek. Na pewno nie jest to dla nikogo kto mnie zna, tajemnicą, że bieganie, a szczególnie po górach, to obecnie moja największa życiowa pasja. Powiem więcej, jak ktoś do niedawna mówił mi o zimnej wodzie, w kontekście chociażby pro zdrowotnym to stukałem się tylko w czoło. Nie było takiej siły, która by mnie zmusiła żebym zrobił sobie zimny prysznic, nie mówiąc już o zanurzeniu się w „lodówce”. Nawet podczas gorących letnich dni jakoś nie bardzo szukałem takiej ochłody. I owszem nie powiem dwa razy po maratonie w Ostrowie zanurzyłem nogi, by ukoić ból i zmęczenie, ale co innego zanurzyć niewielką część ciała, a co innego w całości się tak katować.

 
I tak żyłem sobie spokojnie, od czasu do czasu, widując „wariatów”, którzy z przerębli wyszczerzają swoje uśmiechy do obiektywów, głodnych sensacji fotoreporterów publikujących foto, w internetowych wiadomościach, każdej nowej zimy. Aż do zeszłego roku, kiedy to jakoś w styczniu, mój serdeczny kolega Dany stwierdził po namowie pewnej „morsówy” lub foczki jak fachowo określają ją zawodowcy, Moniki, że się odważy i spróbuje swoich sił.
Jak to bywa w takich przypadkach sprawa mnie dosyć mocno zaintrygowała i korzystając z ogromnej wiedzy wujka Googla, co nieco przybliżyłem sobie temat morsowania. Oj dużo ciekawych rzeczy można się od niego dowiedzieć, a że jestem typem dociekliwym, a do tego mocno sceptycznym, i do każdego tematu podchodzę z dość dużą rezerwą, więc nie od razu się wciągnąłem.
 
Ale do rzeczy, co innego jest sobie poczytać, a co innego zobaczyć na żywym przykładzie, a że nadarzała się okazja nie zamierzałem jej przepuścić. Seans, jak w cyrku odbył się w Osiecznej nad jeziorem Łoniewskim na lokalnej plaży, gdzie za arenę robiło jezioro, a za ławki z widownią robił pomost. „Lew” tnz. Dany wyszedł już z „klatki” i zmierzał na arenę. Zmierzał do jej centrum, które łapczywie pochłaniało całe jego ciało, w akompaniamencie dosyć ostrego porykiwania (tnz. wiązanek niezbyt wyszukanych przekleństw). Pokaz był przedni, choć dosyć krótki, „lew” się trochę miotał to w lewo to w prawo nieznacznie podskakiwał cały czas porykując, aż do momentu gdy „ treserka” Monika nakazała mu opuścić arenę. Wychodząc z wody, Dany mógł się pochwalić piękną efektowną „opalenizną”, co oznaczało że prawidło zareagował na krioterapię.
Pacjent przeżył i był w całkiem dobrej kondycji, teraz miałem okazję przekonać się namacalnie jak zostaje się morsem. Cóż ten epizod, nie stał się jednak przyczynkiem do tego żebym sam spróbował tej wątpliwej dla mnie, przynajmniej jak na tamten czas, „przyjemności”. Nastąpiło to o wiele później bo dopiero w kolejnym sezonie jesienno zimowym. Była jakoś końcówka września 2013, jak podjąłem decyzję, że czas spróbować.
 
Temperatura powietrza była gdzieś, w granicach 10-12 stopni, aura bezwietrzna, słoneczna. Arena ta sama, co w przypadku Danego, tylko lwem tym razem byłem ja. Woda, co prawda była zdecydowanie cieplejsza niż w styczniu, ale i tak odczucie zimna jakiego doznałem w pierwszej chwili, było, jak bym to określił eufemistycznie, niezbyt miłe. Towarzyszyło mi ono przez jakaś minutę może dwie po czym ustąpiło. Co prawda parę przekleństw padło z moich ust, lecz myślę, że i tak zniosłem ten pierwszy raz całkiem dobrze. Zanurzenia dokonałem z pomostu po drabince, gdyż uznałem, że wejście od brzegu będzie zbyt czasochłonne, a szczególnie nieprzyjemne w momencie dotknięcia wody wiadomą częścią męskiego ciała, więc ten moment chciałem mieć jak najszybciej za sobą. „Wyłączyłem” więc myślenie i szybko zanurzyłem się prawie po pachy, jeszcze bez rękawiczek i czapki na głowie, które są nieodzowne, jak temperatura wody i otoczenia spada grubo poniżej 10 stopni.
 
  
 
Okazało się, że wrzesień to jeszcze nie morsowanie, a w zasadzie jego preludium, bo żeby mieć ładą „opaleniznę”, taką jaką za pierwszym razem miał Dany, to trzeba w wodzie dosyć długo pobyć, więc zamiast około 3-5 minut, przyszło mi spędzić w jeziorze ich ponad dziesięć. Morsem to i może nie zostałem, ale byłem już przynajmniej kandydatem.
 
Za każdym następnym razem, zanurzanie przychodziło mi coraz łatwiej, a okres adaptacji wydawał mi się krótszy, może to też przez to, że z każdym nowym tygodniem, towarzystwo morsujących, szczególnie biegaczy, zaczęło się mocno rozrastać, a w towarzystwie upływ czasu jakoś inaczej się odczuwa.
 
        
 
Pierwsze poważniejsze mrozy, nadeszły bardzo późno i taką prawdziwą kąpiel w przerębli zaliczyłem dopiero gdzieś w początkach stycznia 2014. Lód na jeziorze był wtedy, co prawda cienki, ale i tak doznania, że tak powiem estetyczno-sensoryczne dały mi powód do tego żebym mógł poczuć się prawdziwym morsem. Apogeum nadeszło zaledwie 2 tygodnie po tym zdarzeniu. Mróz ścisnął wtedy porządnie, bo w ciągu nocy dochodził do -15 stopni, warstwa lodu stała się na tyle gruba, że swobodnie dało się jeździć na łyżwach i wtedy to zamiast rozgrzewki biegowej pierwszy raz z siekierą w dłoni wraz z grupą moich morsowych kolegów rozgrzewaliśmy się wyrąbując przerębel. Byłem po tym bardziej zgrzany niż po standardowej rozgrzewce, pomimo tego że temperatura na dworze sięgała - 10 stopni Celsjusza. Doświadczenie to było tym bardziej ekscytujące, że nigdy de facto przerębla nie robiłem. Pierwszy raz doświadczyłem też większego odczucia chłodu po wyjściu z wody, która była aż o 11 kresek cieplejsza od otoczenia. Podczas przebierania się zaobserwowałem również dosyć osobliwe zjawisko, mokre i nie osłonięte części ciała pokrywały się cieniutką warstwą lodu, nie powiem jednak żeby to było zbyt przyjemne. Na dodatek, przebierając się, mokre kąpielówki nieopatrznie przewiesiłem przez balustradę na pomoście. W ciągu niecałych 5 minut, przywarły do niej na sztywno i musiałem je siłą oderwać.
 
        
 
Na początku rodzinka patrzyła na mnie jak na dziwaka, kolejne „chore” hobby starego. Pierwsza złamała się jednak moja córka i pod koniec października, może w początkach listopada zadebiutowała podobnie jak ja, kąpiąc się w Osiecznej, na stałe dołączając do naszej zwariowanej brygady. Najbardziej sceptyczną, w kwestii morsowania była jednak moja żona. Twardego stanowiska nie dało się ugryźć na żaden ze znanych mi sposobów, aż do momentu. Kolega, który jest biegaczem dla przyjemności i kondycji, stwierdził, że jeżeli Ewa się „zmorsuje” to on wystąpi w zorganizowanej imprezie biegowej. Zakład przyjęto, osobiście go potwierdziłem, po czym Adam opłacił startowe na najbliższy półmaraton Poznański, natomiast Ewa zadeklarowała kąpiel w morzu na dorocznym zlocie morsów w Mielnie, przypadającym na 14-16 lutego 2014. Po namowach dokonała jednak próby generalnej w jeziorze Łoniewskim. „Była zachwycona” 
 
    
 
Prawdziwą atmosferę bycia morsem, można jednak dopiero poznać w tłumie, identycznie zakręconych ludzi, jak na zlocie w Mielnie, do którego zjechało się z całej Polski i nie tylko, blisko 1500 amatorów zimnej morskiej kąpieli. Muzyka, tańce, barwne nietuzinkowe przebrania, liczne imprezy towarzyszące, wspaniały bal oraz główna atrakcja wspólna kąpiel w Bałtyku, to coś czego się na długo nie zapomina. Nawet mój zaledwie 6 letni syn zadeklarował, że musi się z nami wykąpać, co też powiedział, to i zrobił. Sam byłem w niemałym szoku, jak mi zakomunikował, że jak wszyscy się kąpią to on też musi spróbować.
 
  
 
  
 
Ewa dotrzymała warunków zakładu, aż 2 krotnie zanurzając się w Bałtyku, na tyle też ją to wciągnęło, że kolejny raz w Gołanicach zaliczyła z blisko 5 minutowym pobytem w wodzie.
 
Podsumowując, nie taki diabeł straszny na jakiego wygląda, z licznych doniesień naukowych wynika, że krioterapia jest skuteczna na wiele schorzeń układu ruchu i nie tylko. Stymuluje również układ odpornościowy, dając mu przewagę nad czającymi się wokół chorobotwórczymi mikrobami, szczególnie, jeśli chodzi o te wywołujące zapalenia górnych dróg oddechowych. I nie trzeba też wierzyć starym przesadom, że zapalenia płuc się dostaje od razu po wpadnięciu do zimnej wody, to tylko mit. Sportowcy, mogą wyciągnąć z morsowania wiele pożytku chociażby ze względu, na zmniejszenie obrzęku po urazach, czy przyspieszoną regenerację tkanki mięśniowej po dużym wysiłku.
Warunkiem jednak koniecznym do rozpoczęcia takiej przygody, jest wchodzenie do wody w zdrowiu i na pełnym wypoczynku, gdyż jak powtarza nam to nasza naczelna foczka Monika, morsowanie to duże obciążenie dla organizmu i wszystko trzeba robić z głową, a mądrych rad trzeba słuchać i nie próbować niczego na własną rękę, doświadczenie zdobywa się z czasem.
 
Piotr M.
 
Leszno, dnia 25 lutego 2014

 



Naszą stronę odwiedziło już
4443323 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas