Menu

Artykuły


 

Jak to u Czechów się biega? Relacja kolegi Mateusza z biegu Stovka Podkrkonoším

Stojąc na starcie Biegu 7 Dolin, byłem przekonany, że to będzie jedyny bieg ultra, który zaliczę w tym roku. Wcześniej był bieg ultra „Granią Tatr”, ale tam niestety pokonałem tylko dystans maratonu (uraz stawu skokowego na 42 kilometrze). W Krynicy biegłem wraz z kolegą, który startował na dystansie 100 km, a który to miał już pewne plany biegowe na październik. Chciał pobiec ponownie dystans 100 km, ale tym razem w Czechach. Wiedziałem o tym, bo  mnie o tym fakcie poinformował, a nawet namawiał do wspólnego startu. Ja jednak odmówiłem. Po powrocie do domu, stopniowo zaczynałem zmieniać zdanie. Pomyślałem, że skoro mam dobrą formę (całkiem ładnie pobiegłem w Krynicy, wcześniej w BUGT również szło mi bardzo dobrze), to czemu by nie pobiec setki jeszcze w tym roku. Skontaktowałem się z kolegą i po kilku dniach znalazłem się na liście startowej.

17 października zawitałem do Krakowa, skąd następnego dnia wspólnie z kolegą udaliśmy się do Czech, aby tego samego dnia (18.10) o godzinie 22:00 wystartować w biegu na orientację. Początkowo myśleliśmy, że jedziemy na normalny bieg. Na miejscu jednak okazało się, że będzie to BnO. Nie posiadałem absolutnie żadnego doświadczenia w tego typu biegach. W ogóle nie planowałem startu w takim biegu, jakoś mnie to nie „kręciło”. Stało się jednak inaczej, ale cóż. Nie po to jechaliśmy prawie 400 km, aby w ostatniej chwili rezygnować. Postanowiliśmy, że trzeba będzie się „podpiąć” pod Czechów i dotrzymywać im tempa, aż do mety.
O godzinie 21:30 w biurze zawodów, a właściwie przed nim, rozpoczęła się odprawa. Odprawa inna niż zwykle, bo ani ja, ani kolega nie znaliśmy języka czeskiego, tak więc równie dobrze moglibyśmy ten czas spędzić w aucie, które było zaparkowane przed hotelem. Niemniej jednak po tej właściwej odprawie, organizator udzielił nam kilku wskazówek w języku angielskim.  Wiedzieliśmy już, że będzie ciężko…
O 22:00 wystartowaliśmy kilkaset metrów od hotelu. Pobiegliśmy w ciemny las. Początkowe tempo było dość mocne, biorąc pod uwagę, że czekało na nas 105 km… Tempo wynosiło 5:05 min./km. Po pierwszym kilometrze, gdy naszym oczom ukazał się stok, na który trzeba było się wdrapać, tempo momentalnie spadło, a nasze łydki doznały pierwszego wstrząsu. Niemniej jednak napieraliśmy pod górę, nie zatrzymując się, aby nie tracić z oczu Czechów, którzy dość mocno napierali przed nami. W tym momencie pojawiły się u mnie wątpliwości, czy aby na pewno dobrze postąpiłem, nie zabierając kijków. Po ok. 25 minutach zameldowaliśmy się na pierwszym punkcie kontrolnym, skąd ruszyliśmy dalej, tym razem zbieg poprowadzony był drogą asfaltową. Pierwsza krzyżówka i pierwsze wątpliwości, w którą stronę pobiec. Jeden Czech biegnie w lewo, drugi w prawo… Wypatruję Czecha, który biegnie z nawigacją. Wybór więc był już oczywisty, trzeba biec za nim. Po kilku minutach dociera do mnie, że mam do czynienia z mocnymi zawodnikami. Widać było, że na pewno nie jest to ich pierwszy BnO na takim dystansie. Trochę mnie to na początku przerażało, ale czułem się dobrze, forma i dobre samopoczucie dopisywały, miałem więc nadzieję, że dotrzymam im tempa na całym dystansie.
Minuty mijały, a my w blasku księżyca (tej nocy była pełnia) pokonywaliśmy kolejne kilometry. Po kilkudziesięciu minutach czekał nas konkretny zbieg, tym razem w dość wysokiej trawie. Było więc miękko, ale strasznie nierówno. Przed zawodami, ostatnie moje bieganie odbywało się w godzinach wieczornych, z czołówką, aby zyskać lepsze wyczucie terenu. Było to dobre posunięcie. Po ok. 25 km dotarliśmy do pierwszego z punktów odżywczych. Punkty odżywcze wyglądały inaczej niż te u nas. Było skromniej, ale to nie znaczy, że mniej kalorycznie, wręcz przeciwnie. Można było znaleźć dżem, miód, nutellę, cukierki, chleb, bułki, drożdżówki, izotoniki, wodę, ser w kostkach, chleb ze smalcem, a nawet…alkohol  Wiedziałem już wcześniej, że Czesi podchodzą dość rekreacyjnie do zawodów, ale biorąc pod uwagę fakt, że bieg odbywa się w nocy, to alkohol na rozgrzanie nie był wcale głupim pomysłem…
Wraz z kolejnymi kilometrami, pojawiało się coraz więcej asfaltu. Moje nogi nie są nań przyzwyczajone, biegam w terenie. Niemniej jednak, trzeba było się z tym pogodzić i biec dalej. Cały czas trzymałem się mocnych Czechów. Kolega trzymał się innej grupy, jednak po kilkudziesięciu kilometrach został sam. Zaczął mu również doskwierać coraz bardziej Achilles. Jak to mówią, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść i kolega wiedział. W okolicy 50 km postanowił zrezygnować. Organizator winien przewidzieć takie sytuacje i winien zapewniać transport na metę. Niestety, kolega usłyszał jedynie, że może wrócić pociągiem lub autobusem… ostatecznie wrócił „na stopa”. Za to organizatorowi należy się wielki minus.
Zbliżała się godzina 2 w nocy, a my zawitaliśmy do kolejnego bufetu, na którym czekała moja ulubiona coca-cola, którą „ładuję” się podczas biegu. Dolałem sobie jej trochę do bidonu, zjadłem trochę dżemu, po czym ruszyliśmy dalej, dając kilka minut organizmowi na trawienie. Dobrze się złożyło, bo czekał na nas konkretny podbieg. Biegliśmy w Karkonoszach, nie było tu wielkich gór, a na całej trasie przewyższenia wynosiły 3000 metrów. Niemniej jednak nie brakowało górek.
Gdy zbliżała się godzina 3 w nocy, zaczęła mnie ogarniać delikatna senność i to właśnie wtedy, dwóch Czechów, z którymi biegłem, zaczęło się ode mnie oddalać. Pamiętałem jednak, że trzeba się ich trzymać, więc senność szybko minęła, po czym wróciło dość mocne, jak dla mnie tempo. 6:45 min./ km,  a w nogach mieliśmy już kilkadziesiąt kilometrów. Do mety było jeszcze daleko. Znów miałem wątpliwości, czy nie odpadnę w pewnym momencie, ale powtarzałem sobie w głowie, że skoro oni mogą, to i ja mogę.
Po dłuższym szukaniu punktu kontrolnego, po godzinie 5 nad ranem, w końcu udało nam się go znaleźć. Uzupełniłem bukłak po czym poczułem, jak zaczynają mi sztywnieć palce u rąk. Dodatkowo oblałem je sobie wodą, co tylko spotęgowało odczucie zimna. Szybko znalazłem rękawiczki, ale musiało minąć kilkanaście minut, nim odzyskałem czucie w palcach i mogłem znów komfortowo biec.
7 godzin na trasie, a ja w dalszym ciągu nie miałem żadnych kryzysów, poza delikatną sennością, o której już zapomniałem, że miała miejsce. Ta myśl mnie dodatkowo napędzała. Po kilku kolejnych kilometrach spędzonych w lesie, naszym oczom zaczynała ukazywać się jasność. Można było więc wyłączyć czołówki i podziwiać piękny wschód słońca, który zwiastował dobrą pogodę na cały dzień. Było to istotne, albowiem przed nami było jeszcze kilka godzin napierania.
Zbiegi, z którymi musieliśmy się mierzyć, stawały się coraz bardziej odczuwalne dla naszych „czwórek”. Szczególnie te, asfaltowe zbiegi, lub te pokryte w całości jesiennymi liśćmi, pod którymi zalegały kamienie. Trzeba więc było wykazać się dodatkowo czujnością i dobrym wyczuciem podłoża, co po całej nocy, nie było proste. Ja biegłem w kompresji, jednak koledzy z Czech, kompresji nie mieli i jeden z nich, w tym momencie zaciskał bardzo mocno zęby na zbiegach.
Podczas biegu z nikim nie rozmawiałem, biegłem w ciszy, z pustką w głowie. Po pewnym czasie, na ok. 50 km przed metą, ta cisza zaczęła mnie męczyć. Postanowiłem więc napisać smsa do kolegi, a później również zadzwonić do koleżanki i chwilę z nią porozmawiać. W tym momencie wiedziałem już, że uda mi się dotrzeć wspólnie z Czechami do mety, a więc byłem dodatkowo zadowolony z faktu, że udało mi się utrzymać dość konkretne tempo, które nałożyli.
Ostatnie 5 km trasy było dla mnie najgorsze. Zacząłem odczuwać lewy piszczel i powoli zaczynało brakować energii. Zerknąłem wtedy na jedną z kieszonek plecaka po czym przypomniałem sobie, że mam jeszcze turbosnack’a. Miał on być na noc, gdyby zaczęła mnie ogarniać senność, ale udało się nad nią zapanować bez niego i dobrze, bo zdecydowanie bardziej potrzebowałem go na końcówce.
Po 17 godzinach i 33 minutach, wraz z dwoma Czechami zameldowaliśmy się na mecie. Uzyskałem 11 miejsce 42 zawodników, którzy ukończyli bieg. Wystartowało trochę ponad stu zawodników.
Jak wspominam ten bieg u naszych południowych sąsiadów? Osobiście wspominam i będę wspominał dobrze. Kolega zapewne mniej, ale nie dziwię mu się. Jedyne do czego mogę się doczepić, to brak natrysków na mecie. Przydałyby się, a tak, musiałem odświeżyć się w hotelowej toalecie. Punkty odżywcze, jak dla mnie, były zorganizowane naprawdę dobrze jak za cenę, którą trzeba było zapłacić za start – 250 koron czeskich, czyli jakieś 40zł. Nie było medalu, ale był dyplom i 2 pkt. do UTMB. W pakiecie startowym, znalazła się chusta buff, książeczka reklamująca region i 3 naklejki. Skromnie, ale nie dla pakietów startowych się startuje. Jeśli chodzi o trasę, mogłoby być zdecydowanie mniej asfaltu, ale mimo, iż jak dla mnie było go sporo, to nie brakowało również fajnych łąk, lasów i górek. Organizator podawał dystans 105 km, mój gps wskazał 115 km. W przyszłym roku odbędzie się druga edycja biegu. Osobiście na nią się nie wybieram. BnO nie są raczej dla mnie, ale fajnie mieć taki bieg za sobą. Jest to, jakby nie patrzeć, jakieś nowe doświadczenie. Jeśli będziecie mieć kiedyś okazję pobiec w Czechach, to polecam. Jakieś niedociągnięcia w organizacji zdarzają się wszędzie, a tutaj było ich naprawdę niewiele. Ponadto, Karkonosze piękne są ;-) Sam bieg nosił nazwę Stovka Podkrkonoším
.
Pozdrawiam,
Mateusz Jędraszczyk

 



Naszą stronę odwiedziło już
4384358 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas