Menu

Artykuły


 

Nieco inaczej o bieganiu - Killer - Dar losu (Waldemar Binkowski)

 

            Biegacz ze mnie raczej marny ( z akcentem na słowo : marny ). Systematyczna  pasja biegowa dopadła mnie, jakieś dziesięć lat temu i do tej pory mnie trzyma. W konsekwencji przełożyła się na mój udział w przeróżnych imprezach biegowych. Skutkiem tego było zapełnianie tabel wyników biegowych moim nazwiskiem – niestety, przeważnie w ich końcowej części - ale w sumie nie chodzi oto by złapać króliczka lecz by go gonić.
           Biegam w miarę systematycznie, bez szczególnych planów treningowych, bajerów, czy super suplementów lub dopalaczy, po prostu tak aby mi ta pasja sprawiała przyjemność, a nie po to by z językiem na twarzy walczyć każdego dnia o poprawę wyników, o jakieś tam marne sekundy. Takie podejście do mojego upodobania, może spowodować iż stanę się wyrobnikiem biegowym. Nie o nabijanie biegowego licznika przecież mi chodzi. To co dla mnie najważniejsze to przyjemność z aktywnego trybu życia oraz kontaktu z naturą mogłoby zginąć bezpowrotnie.
           Z uwagi na mój tryb życia biegam trzy, cztery razy w tygodniu, starając poświęcić mojej pasji ok. dwie godziny czyli w sumie jakieś ponad 20 km jednorazowo. Moją ulubioną trasą biegową jest wytyczony przeze mnie szlak wiodący bezdrożami pomiędzy Lesznem a Wschową ( Wielkopolska ), z wieloma wariantami, w zależności od pogody i zachcianek biegacza.
          Koniec lipca, kolejny ciepły letni dzień, w nocy w okolicy przeszła olbrzymia nawałnica , ale nic to, trzeba się rozruszać. Około godziny dziesiątej, po ogarnięciu podstawowych obowiązków służbowych rzucam żonie :
-Idę pobiegać-
        Z uwagi na to iż zaplanowany dystans jest spory, zabieram plecak biegowy z camelem (bukłakiem na wodę) oraz obowiązkowo telefon ( wszak różnie może być ). Ruszam nieśpiesznie w kierunku rogatek Leszna, zrazu chodnikami po śródmieściu miasta, ścigany wzrokiem przechodniów. Po chwili biegnę wśród kwiecistych ogródków działkowych, a następnie podmiejskich pól. Lato tego roku jest szczególne piękne. Docieram do lasku Strzyżewickiego, ogarnia mnie przyjemny cień i wilgoć po nocnej nawałnicy. Kompleks lasu przechodzi płynnie w pola kukurydzy i zbóż i jestem po chwili w Przybyszewie, miejscowości gdzie Pan Bóg mówi dobranoc, a czas zatrzymał się w miejscu. Puls trzyma się dolnej granicy, taka wycieczka biegowa to sama przyjemność. Przecinam miejscowość i ponownie mogę delektować się widokiem wielkopolskiego krajobrazu, gdzie pola uprawne ciągnące się wśród alei krzewów i drzew przechodzą w podmokłe łąki. Po lekkim podbiegu i zbiegu mijam leśniczówkę stojącą na skraju lasu, zagłębiam się w gęstwinę. Leśna droga zakręca w lewo.
        W oddali widzę na leśnej drodze kilka ciemnych , poruszających się zwierząt.
        - Co to takiego ? dziki?- trzeba zachować czujność – myślę sobie - Pewnie szukają pokarmu.
Z doświadczenia wiem, że za chwilę powinny zniknąć. Zbliżam się do nich coraz bliżej – to nie dziki – to trzy psy. Tu i ówdzie słyszy się o watahach bezdomnych psów stanowiących zagrożenie dla zwierząt i ludzi. Nie ma żartów, dobrze, że w pobliżu jest mnóstwo leżących konarów, które w razie potrzeby mogą pomóc w powstrzymaniu zbyt zapalczywych piesków.
        Przybliżając się do wspomnianych zwierząt zaczynam rozróżniać szczegóły; wszystkie psiaki to owczarki niemieckie. Z chwilą zbliżania się do nich , zaczynają biec ( uciekać ) drogą , w kierunku zamierzonej przeze mnie marszruty biegu.
        Zachowują bezpieczny dystans ok. 100-150m, nie wykazują zachowań agresywnych, na pierwszy rzut oka widać iż są osłabione. Biegnę za nimi dalej, za leśnym wiaduktem kolejowym spotykam się z nimi oko w oko, dystans maleje do ok. 10 m. Psy wyglądają żałośnie, są bardzo zabiedzone. Biegnę za nimi dalej, wszak jest to trasa mojego biegu. Nie będą z powodu jakichś wałęsających psów zmieniał zaplanowanej wyprawy. Od czasu do czasu zatrzymują się na chwilę, by pochłeptać nieco wody z kałuż. Gdy przybliżam się do nich ruszają ponownie biegiem. Z czasem, jeden z nich zaczyna wyraźnie odstawać od towarzyszy. Odległość między mną a ostatnim owczarkiem maleje systematycznie.
       Mija około czwarty kilometr biegu ( pościgu ) za uciekinierami. W końcu owczarek jest na wyciągnięcie ręki. Staje, nieruchomieje jak posąg, lekko drży. Zatrzymuję się i ja. Mogę mu się wreszcie dokładnie przyjrzeć – obraz nędzy i rozpaczy – tak jak bym oglądał w TV reportaż o pseudo schroniskach dla psów, tyle, że mam to na żywo. W oczach psa widzę przerażenie i bezgraniczne poddanie się losowi.
 
 
      Towarzysze psiaka zniknęli w gęstwinie zaczynających się wiatrołomów. Ostrożnie przybliżam rękę do pyska, nie warczy. Bojaźliwy nie jestem, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Po chwili staram się pogłaskać zwierzaka, żadnej negatywnej reakcji. Pies kładzie się na ziemi, stanowi jeden kołtun sierści i wystających żeber, na wysokości bioder psiaka, można go objąć dwoma rękoma. Przyglądam się uważnie, wygląda na jakieś 10- 12 lat, ale coś mi nie gra. Ostrożnie podnoszę wargę psa, moim oczom ukazuje się piękne uzębienie niczym u gwiazdy z TV. Zęby nie kłamią, ten pies nie może mieć więcej jak rok życia.
     Szybka ocena: wiem że mój dzisiejszy trening się skończył, szkoda, ale co zrobić w tej sytuacji?. Sam jestem właścicielem sznaucera miniaturowego Kajtka i dochodzącego do nas na półkolonie ( taki żarcik ) chow chowa imieniem Rysio. Będziemy się martwić później, nie można tego psiaka zostawić. Chwytam za telefon dzwonię do Dominika ( mój syn ):
      - Słuchaj, znalazłem w lesie zgłodzonego owczarka niemieckiego – mówię – Weź samochód i przyjedź do szkoły życia ( lokalizacja ), weź ze sobą karmę dla psa -  dodaję .
        Po telefonie do syna próbuję zmobilizować psa do powstania z ziemi. Nic z tego. Podnoszę jego przednie łapy, tylne zostają na glebie, podnoszę tylne, przednie leżą; niczym na filmie z  Charliem Chaplinem, istna komedia. Pomimo iż pies jest potwornie zabiedzony, to jednak jest bardzo ciężki ( ok. 15 kg ). Próbuję oburącz podnieść go z ziemi, udaje się. Maszeruję z wysiłkiem , pozycja jest niewygodna. Po ok. 200 m rezygnuję – trzeba wymyśleć coś innego. Chwytam delikwenta za łapy i po chwili leży na moim barku niczym zwłoki, Przez moment zastanawiam się czy aby jeszcze żyje . Leży na mnie niczym kołnierz z lisa , tyle że to żywe stworzenie ( jeszcze ) . Żwawo ruszam w kierunku miejsca spotkania z moim synem, Mijam zdewastowany przez nawałnicę las, drzewa połamane niczym zapałki, leśna droga całkowicie zablokowana, poruszam się w tym momencie z dużym trudem .
        Po ok. 600 metrach widzę w oddali idącego mi naprzeciw syna, który targa torbę psiej karmy. Kładę ostrożnie owczarka na ziemi, dajemy mu nieco karmy, z olbrzymim trudem przełyka pokarm , chwilę odpoczywamy i ponownie ruszamy do widocznego w oddali samochodu. Wkrótce jesteśmy we Wschowie, przy firmowym ogródku układamy zwierzaka na ziemi. Po raz pierwszy w życiu widzę jak pies na leżąco chłepce wodę – takie sceny zapamiętuje się do końca życia.
W międzyczasie, szczęśliwie rozwiązał się problem opieki na znajdą – tego obowiązku podjął się mój pracownik Grześ, który ma już owczarka niemieckiego ( sukę ). Wracam samochodem do Leszna, następnego dnia dowiaduję się iż piesek jest już odrobaczony, zaszczepiony i po obowiązkowej kroplówce wzmacniającej.
         Grześ po przywiezieniu psa do domu podjął się karkołomnej pracy polegającej na wyczesaniu delikwenta – skutek : kupa sierści , nasion, pasożytów, traw, która w zupełności wystarczyłaby na wypełnienie  małego jaśka.
          W nocy budzę się , nie mogę zasnąć. Co stało się z pozostałymi dwoma owczarkami? Wyobrażam sobie jak wałęsają się po lesie szukając wody i pokarmu. Skoro w takim stanie był pies którego udało mi się uratować, to w podobnym muszą być  dwa pozostałe. Dobrze że to środek lata.
        Rano, targany nocnymi koszmarami biorę plecak biegowy i biegiem ruszam na poszukiwania zbiegów. Mam nadzieję że ponownie dopisze mi szczęście i za kolejnym zakrętem spotka mnie niespodzianka. W nocy padał deszcz, niczym tropiciel wypatruję śladów psich łap na polnych i leśnych drogach. Nic z tego. Przebiegłem 25 kilometrów, ani słychu ani widu. Następnego podobnie, tyle że przebiegłem 33 kilometry. Żadnych śladów po psach. Wmawiam sobie, że może ktoś je przygarnął, że dwa psy znajdą szybciej adopcję, niż wataha trzech. Pewnie już nigdy nie dowiem się co się z nimi stało, mam tylko nadzieję iż im również dopisało szczęście.
        Po kilku dniach okazało się iż uratowany owczarek dochodzi do siebie. Na początku zrobił prządek w gołębniku Grześka, co skutkowało znacznym ubytkiem populacji jego „pawików”. Na tym etapie dokonaliśmy wyboru jego imienia: Killer. Niestety, nie na darmo, po gołębniku przyszła kolej na kurnik z którym Killer poradził sobie zadziwiająco łatwo. Żona Grześka dziwiła się później, iż jakoś w tym roku kury szybko kończą żywot. W sumie, nie ma co mieć za złe Killerowi, matka natura zmusiła go do imania się przeróżnych profesji, nie zawsze przynoszących chwałę psiej rasie. Głód wydobywa ze zwierząt ( i nie tylko ) najgorsze cechy. Szczęściem iż jego obecny opiekun ma świadomość jego przeszłości i stara się aby Killer nie korzystał ze swych zabójczych umiejętności, separując go od pokus i nie karząc za poprzednie „grzeszki”. Po bisko dwumiesięcznej kuracji pies zupełnie nie przypomina tego z końca lipca. Nie dość, że jest wyjątkowo pięknym owczarkiem to z opowieści Grześka wynika iż jest wierny jak przysłowiowy pies.
            Wielokrotnie po odnalezieniu Killera zastanawiałem się nad tym w jaki sposób w odległym od siedzib ludzkich odnalazłem trzy zagłodzone, rasowe owczarki niemieckie. Jedynym sensownym wytłumaczeniem jest to, iż jakiś domorosły „hodowca” który przed sezonem urlopowym nie znalazł nabywców na szczeniaki , postanowił pozbyć się problemu, wywożąc je do lasu wiążąc sznurkiem do drzewa ( mam co do tej wersji zdarzeń uzasadnione podejrzenia ).
           Przykro mi iż mamy do czynienia z takimi zachowaniami ludzi wobec zwierząt, lecz drugiej strony cieszę się iż uratowałem od niechybnej śmierci niewinne stworzenie, co jest dla mnie największym sukcesem biegowym – bo wszakże dzięki tej pasji udało mi się tego dokonać.
 
 
          P.S. Oglądając zdjęcia Kilera z przed dwóch miesięcy i te obecne odnoszę wrażenie iż to dwa różne osobniki, widać iż dieta z drobiu mu wyraźnie służy.
 
 

 



Naszą stronę odwiedziło już
4384359 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas