Menu

Artykuły


 

Bieg 7 dolin 2013, w relacji Pawła

IV BIEG 7 DOLIN

Sobota, 7 września 2013 r. Krynica Zdrój, Willa Carmen, ul. Kiepury 11 – budzik wyrywa mnie ze snu, wokół ciemno, spoglądam na zegarek, jest 02:45, spałem 3 godziny, w głowie kołaczą się myśli co jest grane? Wzrok powoli przyzwyczaja się do ciemności, dostrzegam kontury przedmiotów: plecak, kijki, buty. Po chwili dociera do mnie, że muszę się zbierać, przyjechałem przecież do Krynicy, aby po raz kolejny zmierzyć się z trasą Biegu 7 Dolin – 100 km po górach Beskidu Sądeckiego.

Wstaję, szybka toaleta, kawa i jogurt z płatkami, ubieram ciuchy biegowe, naklejam tam gdzie trzeba plasterki, wcieram sudocrem. Jestem gotowy, gotowy do walki – to nie będzie spacerek po górkach i podziwianie widoków, to będzie bój na każdym metrze, bój, aby ukończyć bieg, aby ukończyć go w limicie czasowym, którzy organizatorzy określili na nie mniej ni więcej tylko zaledwie 16 godzin (dla „ścigaczy” taki limit to zapewne małe piwko, albo nawet połowa małego piwka, dla mnie 16 godzin to tego piwka cały browar). Wychodzę z pensjonatu i udaję się na deptak – tam, jak zwykle ma być start. Po drodze dołączają do mnie następni/następne zoombi – wytrzeszczone oczy, na plecach plecaki, w ręku kije, jest nas coraz więcej, wszyscy kierujemy się w to samo miejsce…………aż strach się bać. Organizatorzy wyznaczyli na trasie 6 punktów odżywczych w tym 3 przepaki, na przepakach i na ostatnim punkcie odżywczym zakreśli dodatkowo limity czasowe – nie zmieścisz się w limicie – odpadasz, zabierają ci numer startowy, dziękują i idziesz grzecznie do autobusu. Przygotowałem sobie profil trasy, zaznaczyłem przepaki oraz limity czasowe, zabrałem GPS, aby wiedzieć, w którym punkcie trasy będę (to mnie uratowało, ale o tym później).
Godz. 03:00 – ciemno i dość chłodno, ruszyliśmy. Najpierw kilkaset metrów po deptaku i ulicach Krynicy, potem kierujemy się na szlak. Drogę rozświecają czołówki, nie słychać rozmów, jedynie głębokie oddechy biegaczy i stukot kijków. Wspinamy się na Jaworzynę Krynicką (1114 m.npm), która znajduje się na ok. 11 km trasy, kiedy tam docieram jest jeszcze szaro, cały czas patrzę pod nogi, aby nie zahaczyć o kamień, korzeń, leżącą gałąź czy co tam jeszcze „na szlaku” można trafić. Stwierdzam, że lepiej być ostrożnym niż połamanym lub w najlepszym przypadku poobijanym (Waldek czytaj i wyciągaj wnioski J ) – taka sobie filozoficzna myśl na początek dnia, nie ma co, człowiek chyba się starzeje skoro od rana zaczyna filozofować………………. Do schroniska na Hali Łabowskiej (1027 m. npm – 21 km trasy) docieram już o świcie, jest tam usytuowany pierwszy punkt odżywczy, uzupełniam camela, biorę rodzynki, popijamy izotonikiem i w drogę. Roztaczające się widoki są kosmiczne, zza gór wstaje słońce, a doliny pokryte mgłą – warto było się obudzić dla takiego widoku – jak ja kocham góry. Słońce wstaje, znak, że za kilka godzin zrobi się upał. Na razie jednak jest dość rześko. Biegnę od samego początku w krótkich spodenkach, ale „górę” mam długą, a na rękach rękawiczki. Zaczyna się zbieg do Rytra, gdzie przy hotelu „Perła Południa” (36 km) znajduje się drugi punkt odżywczy, z zarazem pierwszy przepak.
 
Docieram tam po 4 godzinach i 53 minutach od rozpoczęcia biegu (limit w tym miejscu to 5:50). Myślę sobie, że jest nieźle. Zmieniam koszulkę na T-shirt, uzupełniam camela, zajadam pyszną bułkę przywiezioną z domu, pełen luz. Nie spieszę się, telefonuję do Żony, jest super mówię. Przede mną najtrudniejszy wg mnie odcinek – blisko 14 km wspinaczki z poziomu ok. 480 m.npm na Radziejową – 1262 m.npm. Właśnie z myślą o tym odcinku zabrałem ze sobą MP-3, aby zagłuszyć walenie serducha i krzyk płuc domagających się większej ilości tlenu. Podchodzę bez zatrzymywania się, spoglądam pod nogi, w słuchawkach znakomity kryminał Stiega Larssona „Zamek z piasku, który runął” wciągam się coraz bardziej i powoli odrywam od otaczającej mnie rzeczywistości, aby nie opaść z sił co jakiś czas pochłaniam po kawałku żel energetyczny. Dobiegam do agrafki przy Schronisku Hala Przehyba – 44 km trasy, tam zaliczam normalny „kibelek”, a nie jakieś krzaczory (jak robić „to” to przynajmniej w komfortowych warunkach). Wychodzę ze schroniska, spoglądam na zegarek – jest 7 godzina biegu, a więc w rzeczywistym świecie godzina 10:00. Spoglądam na profil trasy, ilość kilometrów do kolejnego przepaku, a zarazem punkt kontrolnego - znajduje się on w Piwnicznej-Zdrój na 66 km, liczę, że zostało mi do niego ok. 22 km i……………………2 godziny i 50 minut, aby zmieścić się w limicie. Po płaskim to byłby pikuś, ale tu jest Beskid Sądecki, tu nie ma „po płaskim”, jest ciągle góra-dół, góra-dół, dół-góra, itd. Myślę sobie – chłopie jak się nie zerwiesz, jak nie przyciśniesz, to twoje 100 km skończy się na 66 kilometrze – tego nie chciałem. Zacząłem mruczeć pod nosem jak to nienawidzę tych wszystkich gór, pagórków, klamotów, korzeni, jak ja tego naprawdę nienawidzę. Spiąłem się jednak i przydusiłem. Cały czas kontrolowałem upływający dystans i czas, w myślach liczyłem ile zostało mi minut do limitu i ile kilometrów muszę, MUSZĘ, M U S Z Ę, w tym czasie pokonać. Wychodziło, że jak naprawdę dam z siebie wszystko to w Piwnicznej będę „na styk”. W międzyczasie przetarły mi się spodenki i zaczęły obcierać uda, zerwało się mocowanie stuptuta – jak się sypie to wszystko na raz. Gdzieś za Eliaszówką wybiegając z lasu ujrzałem piękny widok całego Beskidu, a w oddali Tatry – musiałem to sfotografować, a właściwie poprosiłem o to nadchodzącą z przeciwka turystkę – jest to jedyne zdjęcie jakie zrobiłem podczas tego biegu. Potem jednak ogień do samej Piwnicznej. Na przepadku zameldowałem się po 9 godzinach, 48 minutach i 25 sekundach – byłem więc zaledwie 1 minutę i 45 sekund przed limitem – głupie 105 sekund, które jednak mnie uratowało (gdybym do tego momentu każdy kilometr pokonywał o 2 sekundy wolniej to na 66 kilometrze nie zmieściłbym się w limicie, koszmar). Teraz szybka zmiana koszulki, napełnienie camela i w drogę. Po ok. 200 metrach od wyjścia z punktu spoglądam na ramię – nie mam GPS, przy zmianie koszulki musiałem go zdjąć z ramienia, a więc powrót do punktu, szukanie – na całe szczęście leżał w trawie, i znów powrót na trasę. Słońce podaje jak w Grecji, ja praktycznie od 44 km bez odpoczynku, a podejścia za Piwniczną strome. Postanawiam jednak, że nie będę się zatrzymywał i dam z siebie wszystko – jak ja nienawidzę tych gór, ja jak ich nienawidzę. Napieram ile sił, wszystko mnie boli, zbliżam się do Wierchomli Wielkiej – dobrzy ludzie wystawili przed dom wiadra z zimną wodą – w tych warunkach to ambrozja. Chłopcy w wieku ok. 7 lat także nalewają do kubków wodę – proszę ich, aby polali mi głowę i kark – jest dobrze. Do punktu usytuowanego przy Hotelu „Wierchomla”, który znajduje się na 77 kilometrze trasy docieram po 11 godzinach i 51 minutach – do limitu mam 24 minuty – chwilę, dosłownie, odpoczywam, uzupełniam zapasy wody i w drogę. Biegnę w Biegu 7 Dolin po raz trzeci więc doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że czeka mnie teraz podejście pod stok narciarski, wiem, że będzie ostro i długo pod górkę – jak ja nienawidzę tych gór, jak ja nienawidzę tych gór, jak ja nienawidzę tych gór. Idę może i wolno, ale nie zatrzymuję się ani na chwilę – wolno, ale stale. Metr mija za metrem – o to przecież chodzi. Zbieg do Szczawnika to dla mnie koszmar, odzywają się coraz bardziej kolana, nie mogę zbiegać, nie mogę nawet iść przodem, schodzę bokiem. Na tym odcinku wyprzedza mnie dość dużo biegaczy. Wreszcie Szczawniki i droga do Schroniska „Bacówka nad Wierchomlą”. Wiem, że jak tam dotrę to zostanie jeszcze tylko kawałek pod górę, a potem blisko 10 kilometrowy zbieg do Krynicy. Trasę do Schroniska przeplatam bardzo szybkim marszem i bardzo wolnym truchtem, na tym odcinku to ja doganiam wszystkich którzy wyprzedzili mnie na zbiegu, a dodatkowo jeszcze parę innych osób. W głowie kołacze się myśl – zdążyć przed limitem, zdążyć przed limitem, zdążyć przed limitem. Pomiar czasu usytuowany jest już za schroniskiem, ale dobiegając do schroniska wiem, że nie przekroczę limitu więc spokojnie piję herbatkę, uzupełniam camela i w drogę. Przekraczam punkt pomiaru czasu po 13 godzinach i 55 minutach walki (15 minut przed limitem), teraz już wiem, że nic nie jest mi w stanie przeszkodzić w dotarciu do Krynicy. Nawet nie spinam się już tak jak przez ostatnie 44 kilometry, biegnę, ale raczej wolniutko, czasami idę. Tymczasem powolutku zapada zmrok. W lesie słychać już odgłosy z mety, wiem, że jeszcze 4-3 kilometry i będę na krynickim deptaku. Luzik. Wybiegam z lasu, biegnę po ulicy, parę zakrętów i finiszuję. Nie robie tego jednak szybko. Cieszę się każdą sekundą tego finiszu, ogłuszającym dopingiem kibiców, rozkładam ręce w geście zwycięstwa, przybijam „piątki”. Wreszcie - po 15 godzinach 35 minutach i 23 sekundach, po pokonaniu 100 km – META. Cieszę się jak dziecko, jestem dumny z osiągnięcia mety. Gratuluję pozostałym zawodnikom zgromadzonym w strefie finiszu, oni gratulują mi. Nie ma przegranych, wszyscy, którzy dobiegli wygrali. Cieszę się szczególnie z tego, że w porę zorientowałem (Schronisko Hala Przehyba), że mogę nie wyrobić się w limicie, że podjąłem walkę, że walczyłem do końca. JAK JA KOCHAM GÓRY.
 
Ps. 1 - Już na mecie spotkałem pozostałych „naszych” biegaczy – wszyscy poprzebierani, wykąpani, po masażach – będą mi musieli zdradzić jakimi skrótami biegi.
 
Ps. 2 – Tak na poważnie - wielkie gratulacje i szacunek dla Łukasza Wróbla (12:37:56), Wojtka Caputy (13:33:55), Łukasza Złotkowskiego (13:39:39) i Waldka Binkowskiego (14:28:57).
 
Ps. 3 – Podziękowania dla Waldka, Łukasza i Pawła za towarzystwo i emocje związane z wyjazdem (głównie z powrotem J).
 
Paweł Banaszak

 



Naszą stronę odwiedziło już
4417419 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas