Menu

Artykuły


 

Moja szwajcarska ultra przygoda

Zaczęła się ona dla mnie wczesną wiosną, kiedy pewnego dnia do mojego pokoju w pracy weszła pani Lidka Walczak (pracujemy w tym samym biurze) i spytała, czy rezygnuję z wyjazdu do Biel na 100 km. Jak to rezygnuję, spytałem, przecież ja się nie zapisywałem na ten bieg ! Na co pani Lidka odparła, że decyzja o wciągnięciu mnie na listę została już dawno podjęta przez nią i jej męża. Na podjęcie decyzji zostawiła mi parę dni. W głowie mi się zagotował ! Z jednej strony przeogromna chęć wyjazdu na kultowy bieg na tym dystansie, z drugiej strony jednak natychmiast odezwał się głos rozsądku. Ty na 100 km ? Chyba żart ! Biegasz zaledwie od półtora roku, przebiegłeś dopiero jeden maraton (drugi w planie w Warszawie), przepuklina pachwinowa przed operacją, kolano po usunięciu łąkotki i rozwarstwione wiązadło krzyżowe. Nie dasz rady przebiec nawet 70 km, a gdzie tu mówić o 100 !!! Jednak emocje wzięły górę (jak zawsze u mnie) – decyzja o wyjeździe podjęta.

Po warszawskim maratonie i późniejszej kontuzji łydki chciałem pobiec jedynie nocny maraton, jednak pan Leszek Walczak do końca mnie „urabiał” no więc zdecydowałem się jednak pobiec na setkę.
Nasza 18 osobowa grupa została podzielona na dwa zespoły 9 osobowe. Ja znalazłem się w tzw. leszczyńskiej grupie „ze środy” jak nazwał nas Wiesiu Prozorowski. Nasz bus wyjeżdża w środę, gdyż oprócz biegania chcemy jeszcze coś pozwiedzać. Natomiast druga 9 osobowa ekipa wyjedzie dopiero w czwartek.
Wyjazd – 1 w nocy. Droga ucieka szybko, gdyż czwórka kierowców co jakiś czas zmienia się za kółkiem. Koło południa docieramy do pierwszego etapu naszej podróży – przełomy (wodospady) na Renie w miejscowości Schaffhausen. Przeurocze miejsce, zwłaszcza obecnie, gdy wody Renu wezbrały co spowodowało, że przełomy wyglądały jeszcze groźniej, ale też przez to były bardziej zachwycające. Po „zaliczeniu” tego miejsca udajemy się do Biel, gdzie zjawiamy się koło 18. Zakwaterowanie jak zwykle dla osób z byłego „bloku wschodniego” w schronach, których w Szwajcarii jest tyle ile dziur w ich żółtym serze. O 19 kolacja, potem piwko, krótkie pogaduchy, „siusiu, paciorek i spać” bo w czwartek od rana ruszamy w Alpy – pod Eiger, Monch i Jungfrau. W czwartek od rana pełna mobilizacja. Kolega Wiesiu perfekcyjnie zarządza naszą grupą przez co jest ona sprawna, zdyscyplinowana i poukładana. No może jedna osoba troszkę (hłe,hłe) się ociąga i często potrzebuje jeszcze „dwóch minut” żeby coś tam zrobić, gdzieś zadzwonić. Ale bez niej ten wyjazd nie byłby już taki fajny więc nikt się na nią nie boczy. Na Kleine Scheidegg wjeżdżamy kolejką górską. Podziwiamy, oddalone wydawałoby się jak na wyciągniecie ręki, Eiger i Jungfrau. Widoki zapierające dech w piersiach. Każdy z nas chłonie ile się tylko da atmosferę tego miejsca. Chłopaki nie mogą się oprzeć pokusie i w malutkim strumyczku poddają się „krioterapii”. W dół do samochodu już schodzimy. No i tu się zaczęły moje (i nie tylko moje) problemy. Wybrałem się jak kompletny dyletant w góry w miejskich trampeczkach na cienkiej podeszwie. Po godzinie stromego schodzenia po szutrze czułem pod stopami każdy najdrobniejszy kamyk. Całą drogę modliłem się tylko o to, żeby nie dostać bąbli pod stopami, no bo jak ja jutro wystartuję. Schodzimy ponad 3 godziny drogą oraz „skrótami” przez łąki żeby szybciej pokonać trasę w dół. Może i nam się to udaje, jednak nie obyło się bez „ofiar w ludziach” – Olek przypłacił forsowanie drutów kolczastych rozdarciem naskórka na nodze i krwawiącą raną, którą jednak sprawnie koleżeństwo mu opatrzyło. Po zejściu do samochodu – sukces, bąbli nie mam. Jest on jednak połowiczny, bo zamiast nich mam piękne zakwasy w łydkach. Podobna „atrakcja” spotkała Ewę. No to jutro biegniemy z zakwasami – „ekstra” ! Gdybym wtedy wiedział, że to wszystko to dopiero wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o moje problemy zdrowotne, to tymi „duperelami” głowy bym sobie nie zaprzątał. Po powrocie do Biel spotykamy się z grupa czwartkową – dotarła szczęśliwie. Przywitanie, kolacja i szybciutko pędzimy do centrum na spotkanie z przedstawicielami miasta. Po krótkim spotkaniu przy szwajcarskim piwie idziemy odebrać pakiety startowe i tu pierwszy „zgrzyt”. Nie wszystko u nich jednak gra jak w „szwajcarskim zegarku”. Pojawiły się problemy z potwierdzeniem dokonania wpłat za bieg, co mogło skutkować niedopuszczeniem niektórych osób do uczestnictwa w imprezie. Jednak sytuacja szybko się wyjaśniła, w czym duża zasługa młodej wolontariuszki polskiego pochodzenia mieszkającej z rodzicami w Szwajcarii.
Po załatwieniu formalności powrót na „bazę”, tradycyjne już piwko i pogaduchy, i spać, bo następnego dnia to już się „będzie działo”, oj będzie.
W piątek po śniadaniu idziemy zwiedzać miejscową atrakcję – górski kanion z rwącym strumieniem. Cudowne miejsce, coś na kształt naszych Gór Stołowych. Ścieżka i mostki czasami w połowie głębokiego miejscami na kilkadziesiąt metrów kanionu. W dole spieniona, pędząca woda. Co kawałek malutkie elektrownie wodne. Widoki – nie do zapomnienia.     
Tradycyjnie już dokonane zostaje przez niektórych sprawdzenie temperatury wody w rzeczce. Wierzcie mi - jest „orzeźwiająca” !
Koło południa z powrotem jesteśmy w naszym „schronie atomowym” pod szkołą i pomału wkrada się w nasze szeregi przedstartowa nerwowość. Ale próbujemy nad tym zapanować. Pada decyzja – wszyscy do łóżek, śpimy i „ładujemy akumulatory”, wszak w nocy nikt z nas się już nie wyśpi. Spaniem bym tego nie nazwał. Przynajmniej ja wiercę się i przewracam z boku na bok. O 17-stej kolacja, a po niej to dopiero się zaczęło ! Atmosfera jak przed bitwą, coraz większa nerwowość i podniecenie. Udziela się to każdemu niezależnie od tego ile ma lat, czy startuje po raz pierwszy, czy któryś tam z kolei, czy biegnie na wynik, czy tylko na „przeżycie” tak jak np. ja. W naszej „koedukacyjnej” sali wrze ! Każdy przymierza koszulki, pasy biodrowe, buty, spodenki. Zmienia je na inne, bo te mogą obcierać, w tych gorzej wygląda, w tych może być zimno, a w tamtych za ciepło. A do startu jeszcze cztery godziny ! Sprawdzamy, czy wszystko spakowane. Czy są tabletki na „spanie, sra…” itd. Zapasowe baterie do czołówek, żele, batony, „płaszcz pałatka i gwizdek na skunksy”. Z boku musi wyglądać to komicznie, ale my nic zabawnego w tym nie widzimy, tak jesteśmy nakręceni.
Około 21 obowiązkowa toaleta, żeby nie mieć problemów na trasie. No i tu w moim przypadku, że tak powiem, delikatny niepokój. Skąd u mnie biegunka. Pierwsza myśl (one zazwyczaj niestety są trafione), czyżby „przepyszny” szwajcarski sos do ryżu co to był na obiad ? Ale oszukuję się i wmawiam sobie, że to efekt fusiatej kawy jaką sobie zrobiłem z 6 łyżeczek w moim „kultowym” emaliowanym kubeczku z żyrafką. No wiec do pasa biodrowego oprócz ketonalu forte na ewentualny ból kontuzjowanej łydki pakuję jeszcze dwa stoperany – tak na wszelki wielki, coby się „zaczopować” w razie awarii na trasie.
Chwilę po 21 wyjeżdżamy na start, no bo dla biegaczy na setkę jest on o 22. W dodatku „rowerowi trenerzy” biegaczy całym wielkim peletonem ruszają chwilkę prędzej i będą czekać na swoich zawodników w ustalonym miejscu trasy. U nas takiego trenera ma Wiesiu. To jego żona Lidka. Będzie „zasuwać” na rowerze obok męża 100 km i targać mu osprzęt, który my, szaraki bez obsługi, musimy dźwigać sami, albo z niego zrezygnować. Podczas biegu (ale myślę, że nie tylko, he,he,he) dla Wiesia to bezcenny skarb.
To co się dzieje na starcie jest nie do opisania. Tysiące ludzi kłębiących się, podnieconych startem, mówiących w różnych językach. Chwilkę przed 22 ostatnie pamiątkowe fotki naszej drużyny. Ostatnie 10 sekund to gromkie odliczanie przez tysięczny tłum w „uroczym” niemieckim języku. No i się zaczęło ! Pani Lidka Walczak z mężem i Olek są przede mną. Staram się nie tracić ich z oczu i biec w ich tempie. Jednak po chwili widzę, że ich tempo to „progi nie na moje nogi” więc odpuszczam i staram się wypatrzeć Alicję, Sławka i Bernadetę, którzy biegli kawałek za mną. Jednak w tym tłumie jest to niemożliwe. No więc stało się to czego się obawiałem – będę zmagał się z tym dystansem sam (tzn. bez wsparcia rodaków). No to już lekko wcale nie będzie.
Pomimo obaw początkowe kilometry biegnie mi się wyjątkowo dobrze. Pewnie dlatego, że trasa wiedzie ulicami Biel. Wszędzie tłumy wiwatujących kibiców. Na ulicach, chodnikach, przy stolikach wystawionych przed licznymi knajpkami, w oknach – po prostu wszędzie ! Dzieciaczki, nawet takie tycie-tycie, może dwu, może trzyletnie wystawiają swoje łapki żeby przybić im „piątkę”. Jak tylko widzę taką grupkę, pędzę w ich kierunku, klepie rząd łapek i tylko słyszę jak po niemiecku albo francusku zliczają ilość przybitych przez biegaczy „piątek”. 
Jednak po jakimś czasie, na kilkusetmetrowym podbiegu, gdy opuszczaliśmy już miasto sielanka się skończyła. Czuję dolegliwości żołądkowe. Czyli jednak – nie kawa, a szwajcarski sos był sprawcą mojej biegunki przed startem. Jakby tego było mało, leciutko zaczęła mnie uwierać sznurówka przy prawym bucie. Po podejściu pod górę – Marek dobrze radził, żeby pod wszystkie wzniesienia podchodzić, a nie podbiegać, bo sił nie stracę zbyt wcześnie – poluźniam sznurowanie buta, jednak dużej poprawy nie ma, bo stopa już zaczęła lekko puchnąć. Trasa zaczyna być nudna, a u mnie w żołądku rozpoczyna się „rewolucja”. W głowie mam teraz tylko jedno – najbliższy cel, cudowne miejsce, most w miejscowości Aarberg. Biegniemy gęsiego po ciemku szutrową drogą przez ogromne puste pola. Cały czas zapach gnojowicy wylewanej na pola. Czuje się jakbym biegł w oborze. W pewnej chwili, w oddali widzę jasny, duży punkt. Myślę, no jest „mój” most, na to czekałem ! Jeszcze tylko 2, no może 3 kilometry. Jakie jest jednak moje rozczarowanie, gdy po dobiegnięciu do tego punktu widzę, że nie jest to żaden most, a ogromny, oświetlony namiot postawiony przez tubylców w środku ogromnego pola, przy drodze, którą biegniemy. Pod namiotem impreza i gromki doping. Po chwili jednak rozczarowanie mija, a w jego miejsce pojawia się wdzięczność i podziw dla tych ludzi za to, że chciało się im w środku nocy na tym odludziu nam kibicować.
Przed Aarbergiem, w lesie, pierwszy raz ląduję w krzakach za potrzebą. Szczęśliwie zabrałem ze sobą chusteczki higieniczne. No więc do upragnionego mostu dobiegam już lżejszy, ale też osłabiony. Sam most cudowny. Stara, drewniana, kryta dachem, oświetlona budowla, na której wręcz kłębią się kibice. Wrażenia – nie do przekazania, trzeba tego samemu doświadczyć. Samo miasteczko, gdzie znajdowała się meta półmaratonu, również jest niezmiernie urokliwe. Od tego momentu trasy nie było już dobrze ze mną. Ból stopy się wzmaga, pomimo tego, że co jakiś czas się zatrzymuję i poluźniam sznurowadło. Ścięgno jest już lekko nadwyrężone i stopa puchnie. Dodatkowo nieustające „sensacje” żołądkowe.
Trasa przeróżna. Dużo wzniesień, nawet takich ciągnących się ponad kilometr, które później ostro schodzą w dół i mocno nadwyrężają stawy, zwłaszcza kolanowe. Biegniemy zarówno asfaltem przez wioski, które pomimo późnej pory żyją i czekają na biegaczy, jak i szutrem przez puste pola i ciemne lasy. Czasami w miejscach, w których najmniej się spodziewamy, na odludziu, o 3 czy 4 godzinie nad ranem natykamy się na malutkie grupki kibiców, którzy siedzą na krzesełkach turystycznych, z termosami w dłoni i zagrzewają nas do biegu charakterystycznym „superrrr” i uniesionym kciukiem prawej dłoni. Wspaniałe momenty ładujące nasze akumulatory. 
Koło 30 kilometra wielka radość – dostrzegam przed sobą Lidkę i Leszka Walczaków ! Dobiegam do nich i parę kilometrów biegniemy razem. Ten odcinek był jednym z moich przyjemniejszych na trasie. Bieg z tą dwójką to czysta przyjemność. Biegniemy dyktowanym przez pana Leszka stałym, równym tempem wyprzedzając co po chwilę grupki biegaczy. Jednak nie trwa to dla mnie za długo, bo z powodu kłopotów żołądkowych muszę skręcić w boczną, polną drogę. Tracę z nimi kontakt na kilka kilometrów. Gdy dochodzę do nich drugi raz przed punktem żywieniowym, biegnie z nimi już także Olek. Wpadamy na punkt. Ze mną jest już bardzo kiepsko, bo stoperan nie zadziałał. Pan Leszek daje mi dwa laperamidy, kilka cennych, szybkich porad dotyczących picia i jedzenia w moim stanie (pić tylko colę i jeść tylko żele), a ja pędzę do mobilnej toalety. Zbliża się ranek, jest zimno, pobyt w „wychodku” wystudził mnie i mam dreszcze. Znowu biegnę sam, co jakiś czas lądując w krzakach. Trzeci i ostatni raz „łapie” Walczaków na punkcie, na 55 kilometrze. Jest z nimi kolega z Dżonkowa, Sylwek, który też kiepsko wygląda, bo jest przeziębiony. Chwilkę odpoczywamy i dalej w drogę – już świta. Jestem za nimi jakieś 200 metrów (bo troszkę mi zeszło z piciem coli) ale myślę, że przyspieszę i za chwilkę będziemy biec razem. Jednak moja nadzieja okazuje się płonna. Znowu muszę wypatrywać krzaków. Na szczęście to już ostatni – 6 raz. Tak więc wyczerpany, odwodniony i osłabiony będę zmagał się sam z jednym z trudniejszych odcinków na trasie jakim jest grobla – wał przy rzece Emme, między 55 a 68 kilometrem. Ten odcinek to koszmar jeśli chodzi o nawierzchnię. Cały czas wąska, zadrzewiona ścieżka z wykrotami, korzeniami, kamieniami i innymi „atrakcjami”. Cały czas trzeba patrzeć pod nogi bo chwila nieuwagi może drogo kosztować. Jednak mimo tego biegnie mi się tam całkiem całkiem, bo „złapałem” się dwójki biegaczy, a kobieta z tej dwójki trzyma piękne, równe tempo. Do naszej trójki dołącza jeszcze jeden biegacz i tak w czwórkę „mkniemy” tą grobla. Mimo, że biegnie mi się dobrze, to trasa zaczyna mi się już dłużyć, a i otoczenie raczej takie przygnębiające i posępne jest. Bardzo chcę wybiec już na szuter albo asfalt i w głowie kłębią mi się już tylko same przekleństwa. Kiedy wreszcie kur… ta grobla się skończy !!!
Na końcu grobli znowu radość – widzę przed sobą kolegę Sylwka, dobiegam do niego i od teraz już razem biegniemy do mety. Ostatnie 30 km to dla nas droga przez mękę. On jest przeziębiony, ale chce dobiec, bo to jego dwudziesty bieg w Biel !!! Ja też dobiegnę  mimo tego, że drętwieje mi stopa, nawala prawe kolano, jestem odwodniony i pozacierany. Najpierw to ja „holuję” Sylwka, ale ostatnie 20 km to już on ciągnie mnie. Wielka jego zasługa jest w tym, że ukończyłem ten bieg. Sto procent racji miał Piotr, mówiąc mi, że ostatnie kilometry biegnie się już nie nogami, a wyłączni głową. Przyjmujemy taktykę – kilometr biegu, kilkaset metrów szybkiego marszu, szczególnie pod górki. W miarę ubywających kilometrów te odcinki „biegowe” maleją i robimy po 500, potem 300 by w końcu pozostać na 200 metrach biegu, na przemian z taką samą ilością marszu. Dłużej staramy się biec tylko na odcinku między Arch (80 km) a Brugg (95 km), gdyż trasa wiedzie tam nasłonecznioną polną drogą przy kanale Nidau – Buren i ten odcinek musimy pokonać tak szybko jak to tylko jest możliwe żeby nie tracić sił na palącym słońcu. Trudne, bo nudne i monotonne 15 km po polnej drodze i prawie żadnych zakrętów. W głowie nieustannie kołacze się myśl, żeby orzeźwić się w rzece, albo choćby zanurzyć w niej rozgrzaną głowę. Jednak udaje mi się powstrzymać i głowę chłodzę dopiero na punkcie wodą z koryta dla bydła.
Przez ostatnie kilometry biegniemy w takiej rozciągniętej na przestrzeni kilkuset metrów kilkudziesięcioosobowej grupie, która cały czas się „tasuje’. Przezabawnie to wygląda. Pomimo zmęczenia i bólu za każdym razem jak z Sylwkiem wyprzedzamy, czy jesteśmy wyprzedzani przez te same osoby uśmiechamy się do nich, zagadujemy, czy żartujemy - choćby najmniejszym gestem. Oni odwzajemniają nam się tym samym. Pomału rodzi się między nami coś na kształt więzi.
Po 13 godzinach jesteśmy wreszcie w Biel i upragniony 99 kilometr. W parku zatrzymujemy się jeszcze, siadam na ławeczce i wytrząsam z buta drobny kamyk – nic nie może mi przecież zepsuć tego ostatniego momentu. Sylwek cały czas mnie hamuje, żeby nie poniosły mnie emocje – jeszcze nie finiszujemy, jeszcze nie teraz, powtarza na okrągło, dopiero za zakrętem, bo tam będzie ostatnie 400 metrów. Do zakrętu spokojnie dochodzimy, zwłaszcza, że trasa idzie pod górkę, ale za nim zaczynamy już „biec” o ile to coś co ja wykonuję można nazwać biegiem (he,he,he). Około 200 metrów przed metą dostrzegam pod namiotami grupę ludzi ubranych w niebieskie koszulki „finiszerów”, którzy nagle zaczynają krzyczeć wniebogłosy „Przemek, Przemek”. Okazuje się, że to leszczyńska ekipa, która przede mną dobiegła już do mety i czeka na „niedobitki”. W oczach stają mi łzy, gardło ściśnięte, kolana miękną i bynajmniej, nie ze zmęczenia. W tej chwili czuje się jak pilot myśliwca podczas II wojny światowej, który wracał do bazy po akcji, na przerywającym silniku, z przestrzelonym skrzydłem i zepsutym podwoziem, a na lotnisku czekali w napięciu, czy uda mu się bezpiecznie wylądować, jego koledzy. Wbiegam w ta grupę. Pan Leszek robi mi zdjęcia, pani Lidka wciska w dłoń flagę. Emocje mnie ponoszą, nie czuję już kompletnie nic, żadnego bólu czy zmęczenia, tylko euforia. Wpadam z uniesioną wysoko flagą na metę, wręczają mi medal, odbieram gratulacje, Ewa robi mi pamiątkowe foty. Sekundy za mną na mecie jest Sylwek, który zatrzymał się przy panu Leszku na mini sesję zdjęciową. Robimy sobie wspólna fotkę – jesteśmy przeszczęśliwi ! On ma swoja dwudziestą setkę w Biel, ja pierwszą. Na mecie organizatorzy częstują nas piwem bezalkoholowym. Co raz pojawiają się kolejni biegacze, z którymi tasowaliśmy się przez ostatnie kilometry. Podchodzimy do nich, oni do nas, wspólnie sobie gratulujemy, choć ze znajomością języków kiepsko, ale nie jest to w tej chwili ważne. Każdy i tak wie, co ten drugi czuje. Wspólny łyk piwa i trzeba iść po zasłużone koszulki finiszerów. Raptem słyszę, jak spiker ogłasza, że do mety zbliża się Alicja Kozłowska (mnie chyba nie wyczytał, ale co mu się dziwić, miałby nieźle „pod górkę” z moim imieniem i nazwiskiem he,he). Podbiegam do barierek i widzę, jak Alicja ze Sławkiem, tryskając radością, razem wpadają trzymając flagę, na metę. No to już leszczyniaki jesteśmy w komplecie. Wspólnie idziemy po koszulki i dyplomy. Ładujemy się do busów i do „domu”, na zasłużony odpoczynek. Moje mięśnie już ostygły, emocje opadły, a w ich miejsce pojawił się ból. Nie mogę się za bardzo ruszać. Wszystkie kontuzje dają znać o sobie, ale jakoś udaje mi się wleźć od prysznic i do łóżka (jakie to szczęście, że na piętrowym łóżku śpię na dole). Po południu impreza – pan Leszek i Marek mają jubileusz. Każdy z nich ma zaliczonych 100 maratonów, wliczając w to biegi ultra !!! Jest okolicznościowe ciasto, winko i coś mocniejszego. Po chwili świętujemy już nie tylko ich setny maraton, ale sukces całej naszej ekipy.
W niedziele rano wczesna pobudka, śniadanko i wyjazd do domu, gdzie jesteśmy po 12 godzinach jazdy, czyli w krótszym czasie niż mi zajęło uporanie się z setką (hłe,hłe,hłe).
Już po drodze umawiamy się, że w przyszłym roku policzymy się z tą szwajcarska ultra trasą, chociaż Sławek stawia lekki opór - hłe,hłe (ale myślę, że przez rok uda nam się go jednak „urobić”). Zobaczymy co przyniesie życie – może za rok nam się uda kolejny raz „posmakować” atmosfery tej imprezy.
 
A, i tak na koniec, to chciałbym jeszcze powiedzieć, że to, iż przebiegłem ten dystans jest wielką zasługą moich doświadczonych i zaprawionych w takich „bojach” kolegów. Przez cały wyjazd dawali mi, zółtodziobowi bezcenne wskazówki co, jak i kiedy pić, jeść, jak się zachowywać na trasie itd. A ja wszystko chłonąłem, zapamiętywałem i wykorzystałem podczas biegu.
Wielkie dzięki koledzy, a szczególnie pani, pani Lidko, panu, panie Leszku, tobie Wiesiu, Piotrze i Marku.   
 
Przemek Wiśniewski
 
 
                            

 



Naszą stronę odwiedziło już
4358116 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas