Menu

Artykuły


 

RUDAWSKA WYRYPA 2013

W tym roku zapisałem się na 210 kilometrowy Bieg 7 Szczytów, który odbędzie się w lipcu po Ziemi Kłodzkiej. Dystans ten ciągle mnie przeraża, wiem, że ukończenie biegu w zakładanym przez organizatorów limicie czasowym 52 godzin będzie dla mnie niezwykle trudne. Zakładam także wersję, że po prostu nie zmieszczę się w limicie. Pomyślałem sobie, że jak nie spróbuję, to nigdy nie będę wiedział czy zdołam taki dystans pokonać, a jeśli nie to ewentualnie ile mi zabraknie  (sił, czasu, itp.) do ukończenia takiego biegu. Bieg odbędzie się w górach, więc najlepiej przygotowywać się do niego także poprzez treningi lub starty w zbliżonym terenie. Jednym z etapów przygotowujących mnie do B7S była Rudawska Wyrypa, bieg na który namówił mnie Waldek Binkowski.

Rudawska Wyrypa to impreza odbywająca się na trzech trasach: dwóch pieszych 50 i 100 km oraz rowerowej na dystansie 200 km. My wybraliśmy sobie najkrótszą, której start zaplanowano na sobotę 4 maja o godz. 09:00. Patrząc jaka była u nas pogoda przez cały tzw. długi weekend, a w szczególności na to co się za oknem wyrabiało 3 maja, modliłem się tylko o jedno – aby na trasie nie padało. Deszcz potrafi skutecznie zohydzić imprezy biegowe, a odbywające się w terenie w szczególności. Na szczęście, jak się potem okazało, Pan mych modlitw jednak wysłuchał, za co Mu dziękuję. W sobotę 4 maja, jak to u normalnych ludzi w dzień wolny, wstałem o godz. 04:00, gdyż na 04:50 umówiony byłem na wyjazd. Z Leszna wyruszamy punktualnie, jadę wspólnie z Wiesiem, Waldkiem, Przemkiem i Olkiem. W torbie dwie pary butów biegowych, ciuchy na deszcz, zimno i słońce – na miejscu, w zależności od warunków, zadecyduję co ubrać. Do biura zawodów zlokalizowanego w szkole w Łomnicy k/Jeleniej Góry docieramy bez żadnych niespodzianek ok. godz. 08:00, szybka rejestracja i już można się szykować do biegu.  Napełniam więc swój bukłak izotonikiem (na całej 50 km trasie zlokalizowano tylko dwa punkty z wodą więc jest to niezbędne), a bukłak……..przecieka. W całym tym nieszczęściu dobre jest to, że dziura ujawniła się jeszcze przed startem, a nie na pierwszych kilometrach. Nie ma innej rady -  izotonik nalewam do butelki Żywca (nie,  nie tego Żywca „koledzy” z pracy) tylko Żywca Zdrój, dodatkowo ładuję do plecaka 0,5 litra Coca Coli, parę batonów, dwa jabłka oraz apteczkę, kurtkę na deszcz, czołówkę, do plecaka przytraczam kijki trekkingowe (na trasy powyżej 42 km w górach nigdy się z nimi nie rozstaję).  W międzyczasie witamy się jeszcze z leszczyńską ekipą: Justyną, Moniką, Piotrem, Danielem i Adamem  oraz ich znajomymi z Poznania i Wrocławia. Przebywali oni od kilku dni w tych okolicach na zgrupowaniu kondycyjnym (przekazuję Monice kijki i kompas, których to rzeczy zapomniała zabrać z domu), gadamy trochę, ale już czas na odprawę, więc meldujemy się na niej karnie. Po odprawie o godz. 08:45 dostajemy mapę trasy (Rudawska Wyrypa to bieg na orientację). Organizatorzy rozdając mapy mówią, że pousuwali z nich wszystko co zbędne, nie ma więc na mapie na przykład nazw miejscowości, cieków wodnych, gór. Nie przejmuję się tym zupełnie – jeszcze przed wyjazdem uzgodniliśmy, że całą trasę pokonamy w piątkę razem – jest więc Wiesiu z Waldkiem nasi nawigatorzy, niech oni martwią się którędy nas prowadzić. (W biegach na orientację najważniejsze jest moim skromnym zdaniem właściwe dobranie sobie partnerów – o ile regulamin zawodów pozwala dystans pokonywać w grupach - , polecam Wiesia – nigdy mnie nie zawiódł, nie pozostawił samego w ciemnym lesie na pożarcie wilków czy innego dzikiego zwierza J). Dla pozorów nie chowam jednak - jeszcze, mapy do plecaka. Dzielnie trzymam ją w dłoni i udaję, że się znam. Wreszcie start – biegniemy wszyscy razem do PK1 w którym otrzymamy  mapy tzw. Odcinka Specjalnego – terenu, na którym zlokalizowanych jest 10 punktów kontrolnych (oznaczonych S01-S10), które zaliczać można w dowolnej kolejności. Zaczynamy od S11, dość szybko znajdujemy  (tzn. Wiesiu i Waldek) kolejne punkty, kończymy OS i biegniemy do PK11 (tutaj już nie ma dowolności zaliczania kolejnych punktów, należy do nich docierać wg kolejności określonej przez organizatorów). Pogoda jest idealna, nie jest zbyt gorąco, nie pada, gdyby jeszcze nie trzeba było biegać…………. Na kolejne punkty trafiamy, jak w przysłowiowe masło (Wiesiu, Waldek – jeszcze raz dzięki). Pomiędzy punktami nie jest jednak łatwo, wspinamy się po górach, przeczesujemy lasy, brniemy przez krzaczory, które ranią nam ręce i nogi,  biegniemy przez pola, łąki pełne wody, pastwiska okolone drutem kolczastym, który „bierzemy” raz górą raz dołem. Trafiamy także na pastwisko z elektrycznym pastuchem, byłem ostrożny – mnie nie poraziło J.  „Rewelacyjnie” biegnie się po pastwisku usianym krowimi odchodami – trasa wytyczona przez Waldka, który bezstresowo stwierdza, że wejście w krowie gó….no przynosi szczęście. Gdyby to była prawda nasza piątka grając w totka puściłaby z torbami Totalizator Sportowy.  Po drodze spotykamy dość szeroki strumień, którego nie da się przeskoczyć, nie ma w pobliżu najmarniejszej nawet kładki - widok dorosłych (przynajmniej metrykalnie) facetów taplający się w potoku, w butach i wodzie po kolana z wyrazem ekstazy na twarzy – bezcenny.  Kilometry mijają jeden za drugim, siły jednak też się wyczerpują, po 30 km odpinam od plecaka kijki, przy ich pomocy zdecydowanie łatwiej pokonuję każde przewyższenie terenu. Nie wiem gdzie jesteśmy, podchodzimy pod jakąś górę, gdzie miał być zlokalizowany PK 16 (dla porządku oznaczony nr 60), lampionu i dziurkacza jednak nie ma, pozostała jedynie sama naklejka z numerem 60. Telefonujemy do organizatorów z informacją, iż jakiś kretyn prawdopodobnie ukradł lampion – na potwierdzenie, że byliśmy „na punkcie” rozmówca prosi byśmy zrobili sobie przy tym numerze zdjęcie. Potem na mecie okażemy je jako potwierdzenie zaliczenia PK 16. Kłopoty mieliśmy z odnalezieniem jednego punktu chyba - PK 17, szukaliśmy go za bardzo „na lewo” od drogi, na którą weszliśmy. Tutaj straciliśmy około 20 minut. Takie ryzyko należy jednak wkalkulować we wszystkie starty w BnO. Walka trwa (a miało być lajtowo), w końcu wybiegamy na asfalt, gdzie zostaje nam do pokonania jeszcze około 1,5 – 2 km do mety. Biegniemy, choć wolno. Od dłuższego czasu coś mnie kłuje z prawej strony pod żebrami, spinam się jednak i walczę z bólem. Widać już szkołę w Łomnicy, z której zaczynaliśmy bieg, a która jednocześnie jest także jego metą – docieramy do mety z czasem 08:17:52 (oficjalnie 8 hi 18 min) o godz. 17:18 i wszystkimi zaliczonymi PK. Jesteśmy zadowoleni choć, przynajmniej ja, bardzo zmęczeni. Po biegu idziemy pod prysznic – woda jest gorąca, taka jaką lubię najbardziej, gorący prysznic na mecie to dla mnie najważniejsza rzecz po biegu. Potem szybki posiłek – makaronik z mięskiem, piwko postawione przez Olka i idziemy do biura, aby zapoznać się z nieoficjalnymi jeszcze wynikami. I tutaj super niespodzianka - okazuje się, że w klasyfikacji weteranów mężczyzn (jak to brzmi) Waldek jest pierwszy, Przemek drugi, a Olek trzeci – klasyfikacja ta jest dżentelmeńską umową pomiędzy nimi trzema, bo wszyscy na mecie byliśmy razem z jednakowym czasem. Cóż Wiesiu, my gołowąsy, nie łapiemy się jeszcze do tak poważnych kategorii wiekowych. Składamy naszym weteranom szczere gratulacje, pakujemy się do autka i w drogę. Uroczyste zakończenie imprezy nastąpi dopiero nazajutrz, niestety nie mamy czasu, aby spędzić w Łomnicy noc. W tym czasie na trasie pozostaje cały czas Piotrek z resztą ekipy – docierają oni do mety z wynikiem 14 h 27 min  o godzinie 23:27. To im za determinację, wolę walki i hart ducha należy się wielki szacunek.  W drodze do domu znów pytania o kolejne imprezy, ja mówię, że z tych najbliższych to już jutro „18” mojego chrześniaka, a za tydzień wesele kuzynki – relacji z tych imprez jednak na portalu nie będzie.

PS.  Wiesiu, Waldek, Przemek, Olek – dzięki za wszystko.

Link do wyników: http://www.rudawskawyrypa.pl/web_documents/wyniki_tp50.pdf

 



Naszą stronę odwiedziło już
4417396 osób


Szczegółowe statystyki


 

 

 

Napisz do nas